- 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
- Tokmok
- Osh
- 3. Logistyka
- 4. Noclegi
- 5. Kuchnia i napoje
- 6. Porady praktyczne
- 7. Podsumowanie
2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
Biszkek – Osz – Sary Tasz – Osz – Biszkek – Balykczy – Tokmok – Biszkek
Sary Tasz
Po przylocie do Biszkeku udaliśmy się samolotem do Osz. Wysłużony, 30-letni BAe 146 pokonał tę trasę w ok. 40 minut. Z okna widok na góry, właściwie same góry. Nasz pierwszy, krótki postój w Osz wykorzystaliśmy gastronomicznie oraz do krótkiego spaceru po jednym z największych bazarów w Azji.
Następnie złowiliśmy, za dość przyzwoitą cenę, lokalną taksówkę. Marszrutki i autobusy nie mają jakichś rozkładów jazdy, a reguła jest taka, że trzeba poczekać, aż pojazd zostanie zapełniony do końca, co w naszym przypadku zajęło ponad godzinę.
Podróż do Sary Tasz zajęła około 3 godzin (180 km).
Wioska Sary Tasz położona jest na wysokości około 3700 m n.p.m. Na całym terenie obecne są jedynie niskie, wiejskie zabudowania. Trudno też mówić o jakiejś cywilizacji, czas tu się zatrzymał na oko około 50 lat temu. Rzuca się w oczy powszechna improwizacja, prowizorka; wciąż jeżdżące rezultaty radzieckiej myśli motoryzacyjnej, budynki ze sklejki z namalowanymi farbą i przyczepionymi za pomocą kawałka drutu reklamami. Oprócz tego typowo wiejskie klimaty: krowy, stosy obornika. Jest zdecydowanie chlodniej. Do tego wszystkiego biegające wesoło dzieci. Mimo to hostel jest całkiem przyzwoity, wyposażony we wszystkie udogodnienia kanalizacyjne i elektroniczne.
Przy wjeździe do wioski uwagę zwracają dwie drogi, z których jedna prowadzi do odległych o około 70 km Chin. Niesamowite wrażenie robi widoczna w oddali panorama Pamiru.
Pobudka na drugi dzień z przeszywającym bólem głowy. Spodziewałem się tego bólu, ale nie w takim stopniu. 3700 metrów n.p.m. robi swoje…










Bałykczy
Bałykczy, czyli po kirgisku rybak. To bardzo specyficzne, leżące nad jeziorem Issyk-Kuł miasto. Za radzieckiego ładu to miejsce mocno związane było z przemysłem rybnym oraz budową łodzi i kutrów rybackich. Po upadku ZSRR wielkie kombinaty przetwórstwa rybnego stały się niepotrzebne, spora część ludzi uciekła za pracą do Rosji i innych krajów. W końcu to oni dostarczają około 50% produktu narodowego Kirgistanu. Czas się zatrzymał… I wtedy między unieruchomionymi wskazówkami zegara pojawiliśmy się my.
Do Bałykczy dotarliśmy z Biszkeku po pokonaniu około 180 km marszrutką. Bus załadowany pod korek, na dworze gorąco a w środku każda próba otworzenia okna torpedowana przez lokalsów. Lekkie oszołomienie po przebytym porannym locie z Osz i ponownym zderzeniem się z lokalnym bałaganem. Gorąco. Cholera, dlaczego oni tak lubią trzymać to ciepło wewnątrz?
I tak minęła podróż bogato urozmaicana obrazkami za oknem.
Po przyjeździe do Bałykczy ujrzeliśmy krajobraz, jaki z pewnością mógłby być rezultatem zrzucenia jakiejś bomby, po której teoretycznie nie powinien pozostać kamień na kamieniu. Są gruzy, jednak po pewnym czasie, kiedy oko przyzwyczai się do tego widoku, zaobserwować można, że mimo skali zniszczenia nieśmiało pojawia się nowe życie. Miejscowość położona jest nad wielkim jeziorem Issyk-Kuł, które kiedyś było pewnie pięknym kurortem. Pozostała plaża, molo (w dość dobrym stanie) i jakieś zardzewiałe szkielety niewiadomego przeznaczenia, które w sezonie letnim nadal służą turystom do różnych celów (takie moje założenie). No i ruiny portu z paroma korodującymi kutrami. Ruszyliśmy wzdłuż torów, robiąc co pewien czas postoje. Rzuca się w oczy porozrzucany złom, rdza, która wygląda pięknie w świetle zachodzącego słońca. I samo jezioro, które się nie zepsuło mimo upływu czasu.
Jest coś pięknego w tej brzydocie – jak brzydki, niechciany przez nikogo pies, który zasługuje przecież na miłość, łasi się, chce być kochany i przez to wszystko jeszcze bardziej wzbudza pozytywne uczucia. Przecież ludzie w Balykczy mieszkają i jakoś muszą żyć. Zaobserwowaliśmy, że szyny były wyprodukowane w Azowstalu w latach sześćdziesiątych.
Idąc dalej miastem, przyczepił się do nas jakiś pijany lokals o złotych zębach. Był raczej przyjaźnie nastawiony, nie wiem, o co mu chodziło, ale nie odpuszczał. Aż dziwne, że jeszcze nie przehandlował uzębienia.
W “centrum” “miasta” dawny ośrodek agitacyjny, uwieczniona w paździerzu piękna sowiecka rzeczywistość i facjata Lenina. Takoż samo i popiersie wspomnianego osobnika wykonane w kamieniu. To miejsce jest chyba taka nieoficjalną wizytówką tego miasta bo jako pierwsze pojawiło się w przeglądarce kiedy wpisałem nazwę tej miejscowości.
Co do zakwaterowania – było ono utrzymane w tradycyjnym, dawnym stylu – zgodnym z charakterem tych rejonów. Dodatkowo lokal, ukryty był w gąszczu tak, że ciężko go było znaleźć. Na podwórku czekała prawdziwa jurta – niestety, nie dla nas, ktoś zdążył ją zająć przed nami. Gospodarze bardzo mili, bardzo dobre śniadanie.
Będąc w Bałykczy, warto udać się do kanionu konorczek. Poza tym, mając więcej czasu, warto wynająć taksówkę i zrobić całodniowa wycieczkę wzdłuż jeziora.











Kanion konorczek
To znakomite miejsce dla miłośników trekkingu. Zaletą jest niesamowita cisza – w naszym przypadku nie mijaliśmy nikogo.
A wracając do kanionu, najlepiej wynająć jakieś auto, bo miejsce to jest z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Oprócz tego, dobrze umówić się z kierowcą, żeby poczekał jakieś 4 godziny, bo inaczej może być ciężko wrócić. Dojście do kanionu to około 4 km pieszo trasą o trudności trochę powyżej średniego. Mądrze jest założyć ciepłe ubranie, zwłaszcza buty i spodnie. Niestety ja nie byłem wystarczająco mądry i (poza dobrymi butami) chciałem pokonać trasę w krótkich spodenkach. Na szczęście nasz kierowca zauważył moją niefrasobliwość i pożyczył mi robotnicze spodnie, co – jak się szybko okazało – było krokiem we właściwym kierunku. Pogodę mieliśmy parszywą, było zimno i w połowie drogi już nieźle padało, a zważywszy, że w paru miejscach było praktycznie pionowo i trzeba było korzystać z lin, z całej wyprawy wróciliśmy nieźle zmarznięci.








Tokmok
Spędziliśmy w tym mieście jeden dzień, głównie dlatego że naszym celem była położona niedaleko Burana – wieża i pozostałości średniowiecznego miasta, które było niegdyś ważnym ośrodkiem handlowym na Jedwabnym Szlaku.
Właściciel poprzedniego lokalu, w którym mieszkaliśmy, zaoferował się dowieźć nas do Tokmok (ok. 120 km) i wozić przez dzień, gdzie chcemy, za ok. 20 dolarów. Przystaliśmy na tę ofertę. W roli samochodu rozklekotany Japończyk, który jednak dawał doskonale radę.
Co do samej Burany, to jest to zabytek UNESCO, wieża z x wieku, jedyna pozostałość po mieście które tu kiedyś było. I chyba jedyna ciekawa rzecz w okolicy.
Tokmok natomiast to typowe, postkomunistyczne miasto bez wyrazu. Smutek, bałagan, wszędzie można spotkać stare, ogromne banery z sierpem i młotem oraz inne ciekawe relikty epoki. Piękno w stanie surowym. W środku miasta znajduje się pomnik z samolotu, który jest jednocześnie centralnym punktem orientacyjnym w tym mieście.
No i w tym miejscu, pierwszy raz miałem okazję pić piwo pod pomnikiem Lenina.
Wieczorem zrobiliśmy marsz najważniejszą(to trochę na wyrost, jak większośc rzeczy w tym mieście) ulicą Lenina, zaopatrzyliśmy się w podstawowe produkty, w tym cebulę oraz słoninę z barana i wróciliśmy do naszego miejsca zakwaterowania celem konsumpcji.
Jak nas poinformowano, w całym mieście są tylko dwa miejsca oferujace zakwaterowanie. Do pięciu gwiazdek daleko – wanna z antyczną patynką, mebelki w Chruszczowowskim stylu, ale tradycyjnie dobre śniadanie i podstawowe wygody zapewnione. No i właściciel mający obsesję na punkcie zdejmowania butów, cholera.
Zamiast gwiazdek powinny byc nadawane sierpy. Ten objekt zasluguje na cztery sierpy, zdecydowanie.










Osh
W Osh byliśmy dwa razy. Raz, krótko bo parę godzin, zaraz po przyjeździe. Za drugim razem spędziliśmy tam prawie dwa dni, więc mieliśmy więcej czasu na zwiedzanie.
Osh to drugie co do wielkości miasto Kirgistanu, leżące w Dolinie Fergańskiej. Znane z historycznej Góry Sułajman-Too (UNESCO) i ważnego bazaru, Osz ma ponad 3000 lat historii. To kluczowy ośrodek handlowy, kulturowy i administracyjny południowego Kirgistanu.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy od razu po przyjeździe podczas naszej dłuższej wizyty, było pójście na Sułajman-Too, “leczniczą” górę wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze szczytu góry rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. Przy tym wszystkim nie sposób nie zauważyć łopoczącej na wietrze potężnej flagi Kirgistanu. Cała wycieczka na górę zajmuje około 3 godzin.
Po powrocie z góry udaliśmy się na targ. Targ w Oszu to jeden z najstarszych i największych bazarów Azji Środkowej, działający od czasów Jedwabnego Szlaku.








3. Logistyka
Samolot
Taksowka
Marszrutka
4. Noclegi
Tradycyjnie, przez Booking. Co ciekawe, w jednym miejscu właściciel napisał nam, że anuluje naszą rezerwację, ale żebyśmy się nie przejmowali, bo policzymy się po przyjeździe.
5. Kuchnia i napoje
Podczas naszej podróży po Kirgistanie szczególnie przypadły nam do gustu manty, lagman i szaszłyki – nieskomplikowane, ale smaczne. Trzymaliśmy się bezpieczniejszych wyborów, pomijając lokalne specjały jak kumys czy kulki z suszonego jogurtu (kurut) które dla naszych europejskich żołądków stanowiły zagadkę. Trafiliśmy też na świetną restaurację, gdzie spróbowaliśmy ogromnej, świeżo przyrządzonej troci. Jezeli chodzi o ceny to jest to zdecydowanie niska polka.
Piwo
Kirgiski browar nie zachwyca. Żiwoje, Nasze czy Arpa sprzedawane w oldschoolowych butelkach z retro etykietami – wszystko słabej jakości. Do tego często piwa brakuje w sklepach, czasem rowniez brakuje go w knajpach. Jak już jest, to zwykle ciepłe, co tylko pogarsza wrażenia. Wyjątek stanowiły knajpy w Biszkeku, gdzie można było spróbować kraftów, jak BBC (Bishkek Beer Company). Czasem trafia się też kazachskie “Krużka Swieżego” – zdecydowanie lepsze od lokalnych propozycji.
6. Porady praktyczne
Muszle klozetowe różnią się od tych w Europie, więc potrzeba chwili, by przyzwyczaić się do nowego rozwiązania 🙂
W tym kraju nie ma wieprzowiny.
Kraj muzulmanski ale w wersji rozwodnionej, radzieckiej. Ludzie nastawieni pozytywnie do przybyszow z innego kontynentu.
7. Podsumowanie
Warto? Warto!