Marzec 2025 Mołdawia i Naddniestrze

Krótki, czterodniowy, ale treściwy wypad.

Na czas naszego pobytu w Tyraspolu wybraliśmy hostel Like Home. Przybytek ten jest dosć klimatyczny, znany wśród youtuberów. Część naszej ekipy miała okazję być tam wcześniej, więc właściciel nas znał i dokonaliśmy rezerwacji bezpośrednio u niego przez internetowy komunikator. Dosyć ciepło wspominał naszą poprzednią wizytę, na tyle ciepło, że – chociaż nie było tym razem dane nam go spotkać – zostawił prezent w postaci 5 litrów wina z własnej piwnicy. Może i dobrze, że go nie spotkaliśmy… Wino wypiliśmy.

Hostel jest przygotowany pod turystów, specyficznych turystów. Bo kto normalny jedzie do Naddniestrza, państwa, którego nie ma na mapie? Którego nikt, poza Abchazją, Osetią Południową, Republiką Górskiego Karabachu i Somalilandem, nie uznaje?

Charakter tej noclegowni silnie nawiązuje do lokalnych tradycji i powiązań z Rosją. Na każdym kroku widoczne są relikty socjalizmu – przed wejściem stoi sporych rozmiarów popiersie Lenina w złocie. Można go poklepać po łysinie – i wtedy można się przekonać, że jednak wnętrze Lenina jest puste. A wracając do hostelu, wewnątrz ściany zdobią flagi i symbole przypominające przeszły, komunistyczny raj.

Poza tym, to hostel jak każdy inny. Sprawami administracyjnymi zajmuje się Francuz, który zna kilka słów po rosyjsku i niewiele więcej po angielsku. Co jakis czas otwiera szafke z napisem “private” i dolewa sobie wina.

Kolejnego dnia, po powrocie z miasta, zapytaliśmy go, co tak naprawdę Francuz robi w Naddniestrzu? Odparł, że wyjechał ze swojej ojczyzny, bo nie mógł znieść kulturowych zmian, jakie tam zachodzą, a dokładniej masowego importu muzułmanów. Od trzech lat mieszka w Naddniestrzu, bo nie chce doświadczać tego upadku.

Wśród innych gości spotkaliśmy niewidomego Anglika. Facet jeździ po świecie i był już w około 120 krajach, ma swój kanał na YouTube, pisze książki, jednym słowem kontynuuje angielskie tradycje – wszak to James Holman był pierwszym na świecie niewidomym podróżnikiem.

Oprócz tego była para z Holandii, podróżująca wynajętym samochodem. Wynajem samochodu jest wygodną opcją, można dojechać w wiele miejsc, do których normalnie nie ma dostępu. Czasem korzystam z tej opcji. Jednak samochód jest też zobowiązaniem, nieznośna smyczą, która nam ciągle o sobie przypomina. Podczas podróży wolę nie być ograniczany w ten sposób.

Tak więc, wracając do naszego hostelu, na brak klienteli “Like home” nie narzeka.

Przed przyjazdem czytałem wiele opinii o Naddniestrzu. A to, że policja wszystko widzi, a to, że jest to europejska Korea Północna itp. Jak się okazało, nie jest wcale tak zamordystycznie, nikt nas nie śledził, nie musieliśmy płacić łapówek, nie zamknęli nas w pierdlu. Byliśmy w miejscach, które można uznać za ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa zamordystycznego państwa, jak np. elektrownia, a jednak nie było żadnego problemu. Poruszaliśmy się w większej grupie, widzieliśmy policjantów, oni widzieli nas i nie zostaliśmy zatrzymani. Chociaż, kto wie, może mieliśmy szczęście?

Kolejna sprawa to płatności. Kartą można płacić, pod warunkiem, że jest to karta MIR, czy jakaś tam inna, lokalna. My takowych oczywiście nie posiadaliśmy, więc zostaliśmy jedynie z gotówką w kieszeni. Z wymianą tejże gotówki nie ma problemu, ale trzeba ją mieć. Dolary, Euro, z funtami gorzej. Warto planować szaleństwa, mając to na uwadze.

Słynne plastikowe monety to już przeżytek, nikt nimi nie placi i można dostać je jako rarytas kolekcjonerski w bankach, ksiegarniach lub po prostu z wystawy w np knajpie.

Dniestrowsk – miasto elektrowni

Głównym celem naszej wyprawy był Dniestrowsk, miasto, które leży około 40 km na południe od Tyraspola. Podróż marszrutką zajmuje około godziny, a bilety można kupić w Tyraspolu na przystanku. Przed wejściem na drzwiach znajduje się plakietka informująca o zakazie wchodzenia z bronią. Prawie jak w Stanach.

Elektrownia Mołdawska GRES. To właśnie ona zaopatruje około 300-tysięczne obecnie Naddniestrze, ale i Mołdawię. Może działać zarówno na gaz, jak i węgiel. To drugie okazało się kluczowe na początku roku, gdy Ukraina zakręciła kurek z rosyjskim gazem i zwrotnice przestawiono na węgiel, którego miało starczyć na około 60 dni. Na szczęście prąd i ciepła woda w czasie, kiedy my byliśmy, były, więc wszystko działało normalnie.

W Dniestrowsku naszym głównym celem był wyglądający na opuszczony ośrodek wypoczynkowy dla pracowników elektrowni, położony nad zalewem dniestrowskim. Podobno woda w tym zalewie, z uwagi na chemikalia, ma odcień turkusowy, jednak ciężko było to stwierdzić. Uwagę zwracają setki, a może i tysiące metalowych pali podtrzymujących prowizoryczne podesty z blachy, na których stoją setki zaimprowizowanych, plastikowych domków. Większość zamknięta na kłódki, ale widać instalacje elektryczne, anteny telewizyjne, a nawet doprowadzoną wodę. Pewnie można je wynająć w sezonie, ale pod koniec marca wszystko wyglądało na wymarłe i przygnębiające.

Chodziliśmy więc po tym altanistanie, wpatrując się w znajdującą się na przeciwległym brzegu Ukrainę. Wszystko wygląda spokojnie. Kiedy w końcu będzie można pojechać tam tak, jak kiedyś, bez stresu, bez ryzyka brania udziału w urywaniu kończyn pociskami artyleryjskimi? Kiedy będzie można zrobić grilla na dworcu w Hajworonie, chodzić na drugą stronę po “produkty”, kiedy zabraknie?

W Dniestrowsku, przy wejściu do tego specyficznego kurortu, znajduje się prawdziwa stróżówka z najprawdziwszym strażnikiem. Nie wiem, czego ten pilnuje, bo kompletnie nie zwrócił na nas uwagi, kiedy przechodziliśmy przez bramę. Może potrzebował trochę czasu, żeby dojść do siebie po tym, jak zobaczył tam zagranicznych turystów?

Na zakończenie naszej kurtuazyjnej wizyty, kilka zdjęć przy wielkim betonowym pomniku z logo elektrowni. Nikt nas nie zatrzymał, policji nie widzieliśmy. A może KGB znało nas, zanim przyjechaliśmy?

Podróż i lokalne “prawa rynku”

Podróż z Tyraspola do Dniestrowska zajmuje około godzinę i kosztuje 30 naddniestrzańskich rubli. W drodze powrotnej postanowiliśmy kupić bilety w kasie i wsiąść do marszrutki “jak ludzie”. Jednak kasjerki i kierowca poinformowali nas, że lepiej przejść 50 metrów dalej – tam autobus się zatrzyma, nie dość, że nas zabierze, to jeszcze zapłacimy mniej. Kuszące to było, więc postanowilismy skorzystać.

Wszystko działo się na oczach lokalnej milicji, ale najwyraźniej rynek rządzi się tu własnymi prawami. Milicjant dostanie swoją dole, swoje weźmie kierowca i kasjerki. Wszystko dziala

Tyraspol

Chyba jedną z głównych atrakcji jest Pomnik Chwały Wojennej z czołgiem T-34 z napisem “Za Rodinu” na cokole. Na placu pochowani są żołnierze polegli podczas jakiejś walki o wyzwolenie tamtejszych okolic. Nie wiedzieliśmy o tym a toalety w pobliżu nie było.. Czołg trzeba przyznać fajny, ciekawe czy da się go uruchomić. Na Węgrzech udało się odpalić czołg z pomnika po 60 latach. Ale do tego potrzeba odpowiednich umiejętności, najlepiej weterana.

Kulinaria

Kuchnia nie odbiega specjalnie od tego, co można znaleźć w innych postsowieckich krajach. Są restauracje (stołowaja), sieciówka “Back in USSR”, gdzie, oprócz innych rzeczy, można zjeść sowieckiego burgera. Jako że rzucaliśmy się w oczy, zostaliśmy zagadnięci przez dwóch starszych jegomości, z których jeden powiedział, że był kiedyś z wojskiem w Polsce. Nie wyglądał na mocno starego, więc raczej musiało to być za komuny. Ten drugi spojrzał na nas obelżywie i wygarnął, że nasz kraj nie okazuje wdzięczności Rosji za wyzwolenie od Niemców w czasie wojny. Nie wchodziliśmy w dyskusje o pakcie Ribbentrop-Mołotow, gwałtach czy o tym, że żyliśmy w komuszej budzie przez prawie 50 lat, a dawni komuniści czy ich potomkowie dalej mają realny wpływ na to, co się u nas dzieje. Bo i po co?

Wracając do kulinariów, jest pilaw, czeburaki, pielmieni. Plus knajpy z pizzą i sushi. Dla każdego coś dobrego.

Restauracja, którą warto odwiedzić, zwłaszcza ze względu na charakterystyczny, radziecki klimat, jest “Stolovka CCCP”. Mieści się w piwnicy wypełnionej setkami reliktów z epoki. Są popiersia Stalina, Lenina, gobeliny z nazwami organizacji komunistycznych, zdjęcia przywódców, jest nawet metalowa replika czołgu. Mają tam całkiem dobre jedzenie, natomiast ceny nie należą do najniższych. No i, tak samo jak wszędzie indziej, nie można płacić kartą.

Co do napojów, lokalne piwo nie zachwyca. Nie wiem, na ile ta informacja jest jeszcze aktualna, ale podobno jest ono dobre od poniedziałku do środy, my byliśmy od czwartku do soboty. Jest sporo piwa sprzedawanego w siermiężnych, 2 lub prawie 2,5-litrowych plastikowych butelkach. Jest to, trzeba przyznać, dość praktyczne. Podobne widziałem w Czechach.

No i Kvint, lokalny koniak, który jest swoistym symbolem Naddniestrza. Jako nieistniejący kraj, Naddniestrze nie może go eksportować, więc jest transportowany do Mołdawii, gdzie nakleja się mołdawskie znaki akcyzy i eksportuje w świat, gdzie cena skacze kilkadziesiąt razy. Można go również kupić na lotnisku w Kiszyniowie za około 10 euro, co – mimo że znacznie drożej niż w Tyraspolu – wciąż jest atrakcyjnie. Biznes i lokalne koneksje nie kierują się patriotycznymi hasłami, to jest dobre na czas wyborów. Takich połączeń biznesowo-korupcyjno-politycznych jest w Naddniestrzu znacznie więcej. I to jest też powodem, dla którego nikomu nie zależy specjalnie, żeby włączyć Naddniestrze do Mołdawii. Ani Mołdawianom, ani nawet Rosja nie garnie się specjalnie, żeby wciągnąć go jako swój odległy przyczółek.

Leave a comment