Majówka 2025 – Stambuł

Nigdy nie byliśmy dłużej w Turcji, więc majowy długi weekend był doskonałą okazją, żeby trochę odsłonić to miejsce.

Stambuł to fascynujące miasto położone na styku Europy i Azji, rozciągające się po obu stronach Bosforu. Przez wieki był stolicą wielkich imperiów – rzymskiego, bizantyjskiego i osmańskiego – co widać w jego niezwykłej architekturze i zabytkach, takich jak Hagia Sophia czy Błękitny Meczet. To miejsce, gdzie nowoczesność miesza się z tradycją, a tętniące życiem bazary sąsiadują z nowoczesnymi dzielnicami. Stambuł zachwyca także kuchnią, widokami nad wodą i niepowtarzalną atmosferą.

Po przylocie postanowiliśmy dojechać na miejsce docelowe autobusem. Teoretycznie krócej oraz, jak się wydawało – bliżej naszego hotelu. Zostaliśmy wkreceni w lokalną maszynę marketingowa i zwerbowani do zakupu miejskiej karty komunikacyjnej. Sprzedano nam dwie takie karty, chociaż – jak się później okazało – jedna jest wystarczająca na kilka osób. Co zrobić.

Most bosforski

Metrem dojechaliśmy do Üsküdar. To azjatycka część Stambułu.

Liczyłem na porządnego kebaba, jednak trochę się zawiodłem – być może trzeba bardziej poszukać.. Chociaż myślę, że akurat tam prym wiodą przede wszystkim droższe bary i bardziej reprezentacyjne restauracje. Ogólnie odniosłem wrażenie, że trochę brakowało tam autentyczności. Mimo wielu ograniczeń, część europejska sprawia jednak wrażenie bardziej tętniącej życiem, zaskakującej wieloma niespodziankami.

Metro pod cieśniną bosforska nie było zbyt dobrze oznakowane na mapach i mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem połączenia na drugą stronę.

Haghia sofia

Hagia Sophia to jeden z najważniejszych zabytków Stambułu. Została zbudowana w VI wieku jako kościół bizantyjski, później była meczetem, następnie muzeum, a obecnie ponownie pełni funkcję meczetu. Przez wieki symbolizowała potęgę Konstantynopola i zachwycała innowacyjną kopułą oraz bogatymi mozaikami.

Z uwagi na zaporową cenę za bilet i to, że mieliśmy dość ograniczony czas, postanowiliśmy, że ominiemy te atrakcje. Zamiast tego, zwiedziliśmy pobliski błękitny meczet – porównywalnie atrakcyjny, a dodatkowo z darmowym wstępem.

Most Galata i jedzenie

Most Galata to dosc ciekawe miejsce. Zobaczyć tu można wielu rybaków, którzy – patrząc pobieżnie na rezultaty ich połowów – nie będą musieli biegać do rybnego przed powrotem do domu.

Oprócz tego jest sporo barów, znakomitych, jednak dość drogich. No dobra, zjedliśmy w jednym… Na uwagę zasługują miejsca, gdzie serwowany jest lokalny fast food – przystępne cenowo ryby w bułce, podawane prosto z patelni. Nieco dalej na zachód od mostu stoi barka, gdzie owe ryby są skalpowane, filetowane oczyszczane, a następnie – już na brzegu – smażone i sprzedawane zupełnie na szybko. Wszystko odbywa się sprawnie i na masową skalę.

Istanbul to miasto, gdzie kupno alkoholu – poza restauracjami i pubami – jest mocno ograniczone. Stąd też ważną dla niektórych informacją może być to, że na moście Galata mieści się również jeden z kilku w mieście sklepów monopolowych. W sklepie tym znajduje się też prowizoryczny bar, gdzie widzieliśmy paru mężczyzn rozwiązujących przy piwku krzyżówki. Niestety mie mielismy krzyżowek.. 

Jak się okazało, w tym prowizorium znajduje się też toaleta – jednak tylko dla mężczyzn. Widocznie równouprawnienie jeszcze tam nie dotarło.

Koty

W Stambule koty są dosłownie wszędzie. Chodzą po ulicach, śpią na ławkach, wchodzą do kawiarni i meczetów, jakby były u siebie. Nikt ich nie przegania — wręcz przeciwnie, ludzie je dokarmiają i dbają o nie. Lub też – skutecznie same się dokarmiają…

Śpiewy do modlitwy

Każdego dnia w każdym praktycznie miejscu słyszeliśmy gromkie nawoływania do modlitwy. Przypomina to i nie pozwala na każdym kroku zapomnieć, że Turcja to muzułmański kraj. Nie przywykłem do czegoś takiego, brzmi to dla mnie mimo wszystko dziwnie.

Maj 2025 Uzbekistan – Tadżykistan

  1. Nocleg na odludziu
  2. Iskander Kul
  3. Duszanbe
  4. Chorog – następnym razem
  5. Tunel śmierci i Pandżakent
  6. Pandżakent
  7. Siedem Jezior
  8. Przejście graniczne Tadżykistan – Uzbekistan
  9. Samarkanda
  10. Andiżan
  11. Andiżan – Taszkient
  12. Taszkient

Po około czterogodzinnym, nocnym locie ze Stambułu w końcu lądujemy w Taszkiencie.

    Po raz kolejny wybraliśmy lot z międzylądowaniem w Stambule. Siatka połączeń jest dość rozbudowana, linie lotnicze – całkiem przyzwoite. Samo lotnisko jednak, jak na mój gust, to przerost formy nad treścią. Podstawowe udogodnienia, takie jak choćby fontanna z wodą, praktycznie nie istnieją – jedna była w stanie agonalnym, a drugiej w ogóle nie udało nam się zlokalizować.

    Do tego ceny z kosmosu: przykładowo kanapka za 20 euro. Za to sklepów z torebkami i ubraniami za kilka tysięcy euro nie brakuje – niestety raczej mało przydatnych dla zwykłego turysty. Część z nas leciała z Polski i mieliśmy spory problem z odnalezieniem się w tym chaosie.


Wcześniej, przez internet, zamówiliśmy kierowcę, który miał zawieźć nas z Taszkientu do Chodżentu.

    Od razu po przylocie zostaliśmy odebrani i ruszyliśmy w kierunku tadżyckiej granicy. To około 100 km – dalej trzeba przejść przez kontrolę graniczną, a następnie znaleźć kolejnego taksówkarza po drugiej stronie.

    Podczas podróży z Taszkientu pojawiły się pierwsze zgrzyty – nasz kierowca stwierdził, że chce dodatkowe 10 dolarów, bo rzekomo nakruszyliśmy mu w samochodzie i będzie musiał zapłacić za „sprzątanie”. Postawiliśmy się, ale do rękoczynów nie doszło – ostatecznie stanęło na 5 dolarach. W sumie i tak nic mu się nie należało.


Po stronie tadżyckiej

    Natychmiast zostaliśmy otoczeni przez kilkunastu taksówkarzy. Każdy podawał inną cenę, ale wszystkie oscylowały wokół 50 dolarów (za około 60 km drogi, a było nas sześciu). Jakimś cudem znaleźliśmy jednak takiego, który zgodził się zawieźć nas za 20.

W Chodżencie od razu ruszyliśmy na miasto.

    Islam z radzieckim sznytem, bardziej ucywilizowany. Kobiety w hijabach czy mężczyźni w muzułmańskich strojach są częstym widokiem, wszyscy uprzejmi, zadają pytania, chętni do pomocy. Mimo to jednak daje się zauważyć, że jesteśmy w islamskim kraju – schabowego tu nie zjemy, z kuflem świeżego też dość ciężko, aczkolwiek dla chcącego nic trudnego.

    Mieliśmy lekki problem z wypłatą pieniędzy z bankomatu, bo większość obsługuje tylko karty Visa – jak się okazało, tylko w tym mieście, bo później nie było problemów.

    Przeszliśmy spory kawałek miasta i ciężko było znaleźć jakąkolwiek knajpę, gdzie można by coś zjeść albo wypić piwo. Jak się jednak później okazało, z tym nie było problemu – była bardzo blisko, i to nie jedna.

    Obie strony rzeki łączy kolejka linowa, którą można się przejechać za bardzo niewielkie pieniądze. Widoki są naprawdę fantastyczne, więc ta opcja jest godna polecenia.


Naszym planem na następny dzień był pomnik Lenina w Istarawszanie.

    Podobno to największe popiersie tego bandyty na świecie. Dojechaliśmy z tym samym taksówkarzem, który dowiózł nas dzień wcześniej – Istarawszan jest ok. 60 km od Chodżentu.

    Do pomnika wiedzie jakieś 200 schodów, na oko 40 m w górę. Po wejściu – wspaniały widok na góry i sztuczny zbiornik Kattasoyskoye. Niektórzy wspinają się na pomnik, ale my nie próbowaliśmy tego – trochę za ślisko.


Nocleg na odludziu

    Mieliśmy zaplanowany około 100 km na południe. Wiedzieliśmy w przybliżeniu, że chcemy przenocować w okolicach wioski Ayni. Kierowca nas wysadził i odjechał. Jak się okazało, okoliczny gościniec był pełny, ale skierowano nas do następnego i tam akurat były wolne miejsca. Dobrze, bo nie wiadomo, gdzie mielibyśmy szukać następnego – internet nie działał, a następna cywilizacja była oddalona o dobre parę kilometrów. Pył i kurz wszędzie, naprawdę ciężko było oddychać.

    Wieczór wykorzystaliśmy na szlajanie się po wiosce, smakowaniu lokalnych specjałów – z podkreśleniem butelkowanych. Wracając, przybiliśmy piątkę z policjantem zatrzymującym samochody na drodze; zainteresował się przechodzącymi obcokrajowcami, zapytał, jak nam się podoba, i wywiązała się dyskusja… Chciał nawet mnie podwieźć do sklepu, bo planowaliśmy zrobić zakupy – a ja głupi (przezorny) odmówiłem! Następnego razu nie będzie!


Iskander Kul

    Poprzedniego dnia domówiliśmy cenę i kierowcę na następny dzień.

    Zdziwiliśmy się, bo rano przyszedł do naszego pokoju facet w muzułmańskim stroju i oznajmił, że jest taksówkarzem, że przyjechał, bo go zamawialiśmy. Z gadki jednak wyszło, że to zupełnie inny taksówkarz – po prostu zwietrzył interes, dowiedział się, gdzie mieszkamy, i liczył, że mu się uda.

    Na szczęście przyjechał też ten, którego zamawialiśmy. Półtorej godziny drogi, następnie około 30 km bezdrożem i dojechaliśmy nad jezioro Iskander Kul. Położone na wysokości około 2700 metrów, z pięknym widokiem na góry i lodowce. Nad brzegiem knajpa. No jest się czym zachwycać.

    Pływać można tylko w jednym wyznaczonym miejscu. Schłodziliśmy piwo i skorzystaliśmy z jeziora. Woda bardzo zimna, jak przystało na tę wysokość, więc kąpiel nie trwała długo. Ale jezioro zaliczone.

    Po wyjeździe zrobiliśmy krótki postój na zakupy w niewielkiej wiosce, gdzie niemal od razu otoczyła nas gromadka dzieci. Na widok turystów zaczęły z entuzjazmem wołać „hello!”. Próbowaliśmy nawiązać rozmowę po angielsku, ale szybko wyjaśniły nam, że z obcych języków znają tylko rosyjski. Na szczęście coś tam potrafimy – i w tym języku jakoś się dogadaliśmy.

    W ogóle, zwłaszcza na wsiach, dzieci jest tam naprawdę dużo i mam wrażenie, że nikt ich nie pilnuje. Sprawiają wrażenie, jakby ich rodzice nie zaprzątali sobie głowy kalkulacjami, czy „starczy do pierwszego” – po prostu żyją, tu i teraz.

Duszanbe

    I w taki oto sposób, po następnych 2 godzinach dotarliśmy do Duszanbe, a właściwie jego przedmieść, bo kierowca nie mógł dalej jechać. Wzięliśmy autobus.

    Pierwsze co nas uderzyło, to powszechna elektryfikacja – zdecydowana większość autobusów i samochodów to elektryki. Zielone miasto…

Po przejechaniu około 10 km autobusem, przejściu kolejnych trzech w ponad 30-stopniowym upale, wylądowaliśmy… w irlandzkim pubie. Tadżyckie piwo Sim-Sim od razu mi nie podeszło, ale nie chwaliłem się tym zbytnio. Podobnie jak i samo miasto, Duszanbe. Niby jest plac, są parki, ogólnie ładnie, ale jakoś, jakby na przekór, nie ma w tym wszystkim duszy. Zwyczajne miasto, jak każde inne, trochę sowieckiej architektury, najsłynniejszy park Rudaki (tadżycki poeta), dość sporo knajp, niestety dość drogich.


Chorog – następnym razem

    Według pierwotnego planu naszej wycieczki, następnym etapem miał być Chorog – miasto przy granicy z Afganistanem, gdzie w pewne dni można pójść na bazar i przejść się na chwilę do Afganistanu. Prosta kalkulacja na mapach Google mówiła, że z Duszanbe to około 500 km.

    Niby mało, ale jak się okazało, podróż może zająć około 24 godziny po naprawdę ekstremalnych drogach, niekiedy 3–4 km w górę. Czyli, pomijając potworne zmęczenie, zajęłoby to ponad 4 dni. Niestety, od ponad dwóch lat nie ma połączenia lotniczego, przynajmniej nic na ten temat nie znalazłem w internecie.

    Zatem, z przykrością zrezygnowaliśmy z tego i w zamian planowaliśmy pojechać pociągiem na południe do Kulobu.


Kulob i zapora Nurek

    Po powrocie z Kulobu chcieliśmy skierować się na zaporę Nurek, odpocząć jeden dzień i ruszyć dalej. Niestety, wyszły nici i z jednego, i z drugiego – pociąg do Kulobu, jak się okazało, jeździ tylko w niektóre dni tygodnia o godz. 10, a my zjawiśmy się około 13.

    Jakiś lokals pocieszył nas, że rozkład, który wisi, jest nieaktualny i że mamy pociąg o 17. Na chwilę uwierzyliśmy, jednak okazało się to nieprawdą. Zatem, zdecydowaliśmy, że następnego dnia szukamy taksówki i jedziemy bezpośrednio do Pandżakentu, gdzie spędzimy kolejne trzy dni. To ponad 200 km na północ.

    Następnego dnia – po negocjacjach – dogadaliśmy się z kierowcą. 130 dolarów na 6 osób.


Tunel śmierci i Pandżakent

Po drodze, po raz drugi niesławny, 5-kilometrowy tunel śmierci – niedokończony (chociaż podobno poprawiony, trudno to potwierdzić), bez wentylacji, często pełen wody, bez oświetlenia, nieotynkowany, z wystającymi skałami.

    I wszędzie piękne, górskie widoki. Lodowce na wyciągnięcie ręki, które – mimo temperatury ponad 30 stopni – dalej są.

    

Pandżakent

    Pierwszy dzień wykorzystaliśmy na spokojne rozeznanie w okolicy. Na początek – ruiny starożytnego Pandżakentu. Miasto zostało opuszczone w VII wieku, po najazdach arabskich. Dziś to tylko ziemne kopce i fragmenty dawnych murów, ale dla archeologów to jedno z ważniejszych stanowisk na trasie Jedwabnego Szlaku.

    Żeby się tam dostać, trzeba wspiąć się około 20 metrów pod górę – krótka, lekko stroma ścieżka. Na górze czeka panorama miasta i sporo przestrzeni do wyobrażania sobie, jak to wszystko mogło wyglądać kiedyś.

    Sam Pandżakent tętni życiem – pełno ludzi, straganów, sklepików. Na miejscowym bazarze można kupić praktycznie wszystko. Przeszliśmy główną ulicą, aż dotarliśmy nad rzekę. Po drodze zaliczyliśmy dziesiątki „hello!” od ciekawskich dzieciaków.

    Zatrzymaliśmy się na obiad w knajpie przy drodze, z dość „tubylczym” klimatem – prosto, lokalnie, ale smacznie. Szaszłyk, zimne piwo i można było ruszać dalej.

    Przeszliśmy pieszo przez stary, mocno zużyty most na drugą stronę rzeki. Droga to deski, często brakujące lub powyginane o nieokreślonej grubości. Konstrukcja wygląda na mocno zużytą. Jak się później dowiedzieliśmy, most ten zbudowano zaledwie 30 lat temu.

    Upał – na oko z 35 stopni. Po drodze ktoś mył w stawie samochód, uprawy ryżu. Wioska, do której trafiliśmy, leży praktycznie na pustynnym terenie. Na polach widać wypalanie glinianych cegieł – prawdopodobnie to z nich zbudowane są wszystkie lokalne domy. Trudno sobie wyobrazić życie w takich warunkach – ja bym tam nie chciał mieszkać.

    Zaskoczenie dnia: w jednym z domów znajdował się prowizoryczny sklepo-bar. Dowiedzieliśmy się o nim od tubylców niemal od razu po wejściu do wioski – wieść szybko się rozchodzi.

    W drodze powrotnej czekaliśmy na marszrutkę. Na przystanku siedziały wystrojone miejscowe dziewczyny – po chwili ustąpiły nam miejsca. Trochę z zakłopotaniem, ale skorzystaliśmy. Podczas jazdy powrotnej znowu byliśmy lokalną atrakcją.

Siedem Jezior

Siedem Jezior (Haft Kul) to malowniczy górski region położony niedaleko Pandżakentu w Tadżykistanie. Każde z jezior ma inny odcień wody – od turkusowego po ciemnoniebieski – co czyni je unikalną atrakcją przyrodniczą. Trasa między jeziorami prowadzi przez wioski i górskie doliny, oferując spektakularne widoki i kontakt z lokalną kulturą.

Żeby tam dojechać, zamówiliśmy wycieczkę z lokalnym kierowcą. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie aż tak hardkorowo. Po paru kilometrach dość fajnej autostrady zjechaliśmy z drogi i się zaczęło. Drogi praktycznie nie było, a nasz 4×4 wjeżdżał coraz wyżej i wyżej, a od przepaści oddzielało nas często może 15–20 cm. Naprawdę niezłe przeżycie, zwłaszcza gdy samochód nagle zaczyna skręcać i jednocześnie ostro wjeżdżać pod górę, a z prawej strony 100-metrowa przepaść, od której dzieli nas kilkucentymetrowy kawałek czegoś, co spełnia funkcję drogi.

W pewnym momencie trakt całkowicie się skończył na odcinku ok. 50 metrów. Nasza terenówka przejechała bez problemu, ale drugi z samochodów, którym jechaliśmy, nie dał sobie rady i musiał zostać. Jak się okazało, kierowcy byli na to przygotowani – wzięliśmy pozostałą część naszej ekipy na pakę z tyłu. Nawet dywanik był 🙂

Po dojechaniu do ostatniego jeziora mieliśmy ponad godzinę, żeby przejść się i wykąpać. Woda była jeszcze zimniejsza niż w Iskander Kul, ale przez parę sekund daliśmy radę. Jezioro zaliczone.


Przejście graniczne Tadżykistan – Uzbekistan

Ponownie musieliśmy wrócić do Uzbekistanu. Z Pandżakentu to około 30 minut drogi.

Kontrola na granicy jest kilkuetapowa i od strony tadżyckiej stanowi o wiele większe wyzwanie niż w drugą stronę. Wszystko odbywa się w palącym, 40-stopniowym upale. Najpierw okazanie paszportu i wejście na teren graniczny, później przejście ok. 100 metrów i kolejne okazanie paszportu.

Następnie kolejka po pieczątkę. Problem w tym, że żeby wejść do budynku, trzeba sporo poczekać na zewnątrz. Trzeba sporo poczekać, bo – jak się po pewnym czasie zorientowaliśmy – kolejka nie ubywa, gdyż lokalsi wpychają się ze wszystkich stron. Było nas sześciu, więc zmieniliśmy taktykę i zrobiliśmy „mur”. Mimo to i tak próbowali. Kolejka nadal nie zmniejszała się zbytnio. Zorientowaliśmy się, że po tym, jak zrobiliśmy zaporę, zaczęli próbować wepchnąć się drugimi drzwiami.

Po prawie godzinie stania nerwy zaczęły puszczać – poszły bluzgi, jednak bez żadnego odzewu, jakbyśmy nic nie mówili. W końcu weszliśmy do budynku, ale i tu wolna amerykanka. Generalnie trzeba zapomnieć o europejskich manierach i – tak jak oni – przepychać się rękami i nogami. Dopóki mocno nie przesadzimy, nikt nie zwróci na to uwagi.

Udało się – pieczątka. Następnie znowu trzeba przejść około 200 metrów, pokazać paszport kolejny raz i już jesteśmy w Uzbekistanie.

Do Samarkandy dojechaliśmy azjatycką wersją busika – małego, bardzo wąskiego, dość wysokiego. Na bank u nas nie zdałby testu łosia. Nie wierzyłem, że wejdziemy tam w sześciu z ogromnymi plecakami – a jednak. Dwóch podróżowało bez oparcia, może dlatego było więcej miejsca? Kierowcy bardzo się spieszyło, więc mieliśmy dodatkowe emocje.


Samarkanda

40-stopniowy upał. Po przejściu paru metrów mieliśmy dość. Na dodatek, w naszej okolicy nie było źdźbła trawy – dominował beton i płyty chodnikowe, które powodowały, że było jeszcze goręcej. O wiele lepiej było w historycznym centrum miasta, gdzie było sporo zieleni i nie żałowano wody do podlewania.

Odwiedziliśmy grobowiec Tamerlana, Plac Registan. Tam też zaopatrzyliśmy się w pamiątki. Jako turyści z Polski dostaliśmy bardzo spore, 50% zniżki – pewnie chwyt marketingowy, ale i tak miło. Ogólnie ceny, jak dla nas, dość przystępne.

W Samarkandzie mieszkaliśmy u emerytowanego pułkownika milicji. Facet nie robił z niczym problemu, a dodatkowo dał nam parę fajnych tipów, gdzie iść czy co zobaczyć. Jednym z nich była „piwna ulica”.

Generalnie piwo w Uzbekistanie było trochę lepsze od tadżyckiego, jednak mimo wszystko daleko odbiega od naszych standardów. Stąd byliśmy bardzo zdziwieni, gdy na tej pustyni wkroczyliśmy do miejsca, gdzie można było zasmakować całej gamy kraftowych produktów za przyzwoite ceny. Oprócz tego – cała masa pubów.

Nasz gospodarz zobowiązał się, że zamówi nam taksówki (Yandex Go z jakiegoś powodu nam nie działał). Czekaliśmy na niego dość długo, aż w końcu się pojawił – przyjechał samochodem. Grzecznie poinformował nas, że już pił, ale taksówki zamówi. Wywiązała się ciekawa rozmowa, ponad 30 minut. Nie wyglądało, żeby nam coś miał zamówić – jakby zapomniał.

Mieliśmy dość sporo czasu na pociąg, ale woleliśmy być wcześniej, żeby zrobić zakupy. W końcu, prawie w ostatniej chwili, zamówił taksówkę. Przyjechał nasz samochód, a reszta ekipy miała poczekać na drugą. Jak się później okazało, były problemy z zamówieniem kolejnej, i gospodarz zaoferował się, że ich podrzuci! Na szczęście do tego nie doszło – przyjechała, i po jakimś czasie spotkaliśmy się przy dworcu.

Idąc do sklepu koło dworca, mijaliśmy jadących chodnikiem jeźdźców na koniach. Nikogo to nie dziwiło – poza nami oczywiście. Powiedzieliśmy, skąd jesteśmy, przybiliśmy parę piątek. „Hello, hello!”. Następnie 12 godzin sypialnym do Andiżanu. Nocne rozmowy i zakupy w wagonie restauracyjnym. Poranne zderzenie z Andiżanem.


Andiżan

W sumie chyba najmniej ciekawe miasto, znane głównie z masakry w 2004 roku.

Nasza opinia o tym miejscu jest z pewnością trochę zniekształcona pierwszym dniem pobytu, kiedy desperacko próbowaliśmy znaleźć jakieś miejsce, gdzie można coś porządnego zjeść. Pech chciał, że skierowano nas w kompletnie zły kierunek. Pachniało rebelią – wiadomo, sześciu głodnych to nie to samo co sześciu podchmielonych. Koniec końców wylądowaliśmy w jakiejś tureckiej restauracji.

Jeszcze tego samego, pierwszego dnia okazało się, że tuż koło nas jest całkiem spory bazar, mnóstwo sklepów i kilka restauracji. Jedna tuż pod nosem – ogromna, z potężnym wyborem jedzenia!

Restauracje, gdzie serwują piwo, zasłonięte czarną folią, tak że czasem ciężko się połapać. Generalnie parszywe, podobnie jak i piwo. Z konieczności należy jednak odnotować ten fakt.

Ciekawa rzecz – do piwa wszędzie podawano nam kurut. Kurut to dość twardy, sfermentowany jogurt o słonym smaku. Dużo się nasłuchałem o tym przysmaku – w większości, że dla turystów z zagranicy działa mocno przeczyszczająco i że niektórzy muszą przesuwać z tego powodu termin powrotu o parę dni do przodu. Nie jadłem, lecz kupiłem sporo zapakowanego kurutu do domu, żeby się przekonać.

Okazało się, że żadnych sensacji żołądkowych nie było, a na dodatek smak był całkiem OK, chociaż według mnie – to się nie nadaje do piwa. Może trzeba po prostu kupować kurut oryginalnie zapakowany, ze sklepu?


Andiżan – Taszkient

Sześć godzin pociągiem. Wagony stoją na peronie w 40-stopniowym upale. Żadnej klimatyzacji – ta włączana jest dopiero po odjeździe. Jak się wkrótce okazało – nawet włączona niewiele działała.

Sytuacja poprawiła się dopiero po około trzech godzinach jazdy, kiedy na zewnątrz było więcej cienia. Za oknem jedne z piękniejszych widoków, a my siedzimy i gramy w karty. Absolutnie księżycowy krajobraz – miejsca, gdzie zdrowy rozsądek mówi, że żadnego obywatela tam nie spotkamy. Jednak są ludzie, a nawet przyjeżdżają turyści.

Jedno z ciekawszych miejsc to wioska Chodak, położona na wysokości około 2000 metrów n.p.m. Wokół – idealne miejsca na piesze wycieczki i wspinaczkę.


Taszkient

Szczerze mówiąc, mało widziałem to miasto. Mieliśmy problem z hotelem – zjawiliśmy się około 10, a pobyt można było zacząć dopiero po 14. Demoralizowała nas perspektywa spędzenia następnych czterech godzin w upale, z ogromnymi plecakami.

W Uzbekistanie nie kupowaliśmy już karty SIM, więc nie mieliśmy internetu, nie wiedzieliśmy, gdzie są jakieś hotele. Sprawa wydawała się beznadziejna, jednak przechodzący ludzie zainteresowali się, pomogli, zadzwonili do znajomych, zaprowadzili nas do innego hotelu, gdzie było Wi-Fi, i udało nam się skontaktować z właścicielami naszego hotelu. Właściciele przyjechali wcześniej – sprawa się rozwiązała.

Jako że generalnie trzymaliśmy się planu wycieczki, odwiedziliśmy naszego kumpla, który rozkręca browar w Taszkiencie. Spędziliśmy sporo czasu wśród błyszczących kociołków i sterowanych komputerem wynalazków do transformacji chmielu. Prawie jak na stacji kosmicznej – chociaż grawitacja dodatnia, przynajmniej do pewnego momentu…

Ostatni dzień. Było warto, było super.