Czerwiec/lipiec 2025 – Chiny

  1. Podstawowe informacje
    1. Noclegi
    2. Komunikacja
    3. Wynajem samochodu
    4. Płatności
    5. Język
    6. Internet
    7. Kuchnia
  2. Plan
    1. Pekin
    2. Zakazane Miasto
    3. Wielki Mur Chiński
    4. Xi’An
    5. Armia terakotowa
    6. Suzhou – chińska Wenecja
    7. Szanghaj
    8. Guilin
    9. Kuchnia Guilin
    10. Wycieczka
    11. Shenzen
    12. Hong Kong
    13. Góra Victorii
    14. Macau

Informacje na temat Chin, jakie można znaleźć w internecie trochę demonizują ten kraj i mogą spowodować, że sporo osób raczej wybierze inny kierunek swojej podróży, po prostu, żeby uniknąć problemów.

W dużej mierze to prawda, jednak, jak się jednak okazało, sporo informacji było przesadzonych i tak naprawdę, nie taki diabeł straszny.

Mimo to jednak – żeby uniknąć problemów, warto być świadomym wszystkich potencjalnych niespodzianek, jakie mogą się zdarzyć i przygotować się na nie zawczasu


Podstawowe informacje

Noclegi

Wszystkie noclegi zamawialiśmy poprzez booking.com. Omijaliśmy hotele gdzie wszystkie informacje były po chińsku. Parę lat temu sytuacja wyglądała tak, że hotele mogły odmówić w sytuacji, gdy gosciem był obcokrajowiec. Zmieniło się to kilka lat temu, kiedy rząd chiński wymusił na hotelach to, że mają obsługiwać również gości z zagranicy. Mimo to jednak postanowiliśmy skupić się na hotelach z jasno podaną informacją po angielsku.

Ceny (poza Hong Kongiem i Szanghajem) były znośne. Ogólnie, nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, poza Szanghajem własnie, gdzie, jak się okazało właściciel na dzień przed naszym przyjazdem podał nam inny adres niż ten, który był podczas rezerwacji. Większość komunikacji była na wechacie po chińsku (z angielskimi wstawkami). Używaliśmy google translatora i w natłoku informacji pominęliśmy fakt, że wskazówki dotarcia na miejsce dotyczyły innego adresu a sam właściciel nas o tym nie poinformował. Daleko nie było, bo około 2km ale w ponad trzydziestostopniowym upale z pełnymi plecakami było ciężko.

Druga niespodzianka była w Xi’An kiedy mapy google pokazywały całkowicie inne miejsce na mapie, oddalone o około 600m od tego podanego na bookingu. Warto mieć zatem jakąś zapasową mapę, np. OSM, mapy.cz czy maps.me. Ta ostatnia przydała nam się w Pekinie, bo pokazywała trasy metra co ułatwiło nam poruszanie się po tym mieście.


Komunikacja

Tu był spory problem, bo zaplanowaliśmy, że po Chinach poruszać będziemy się transportem kolejowym. Jak się okazało, kupno biletów kolejowych, mimo tego co czytałem na ten temat nie jest wcale takie łatwe. Po pierwsze, należy dokonać rezerwacji ze sporym wyprzedzeniem za pomocą chińskich platform lub trip.com. Niestety to jednak wcale nie gwarantuje kupna biletu, bo te pojawiają się w systemie dopiero na około 2 tygodnie przed odjazdem, po czym szybko znikają – mimo tego, że dokonamy rezerwacji z np. 3 miesięcznym wyprzedzeniem. Przeczuwając problemy, skorzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionego profesjonalisty, który trzymał rękę na pulsie. Kupno większości biletów poszło bez problemu, jednak bilety na dwa nocne pociągi – mimo, że opłacił i dostał potwierdzenie – zostały anulowane (brak biletów!). W zamian dostaliśmy bilety na gorsze miejsca (łóżko na trzecim piętrze w klaustrofobicznych warunkach), zostaliśmy porozrzucani po różnych wagonach. Jak się okazało, niestety żaden zwrot nam nie przysługuje, bo “takie są warunki zakupu biletów”. W takich warunkach podróżowaliśmy całą dobę. I faktycznie pociąg był wypełniony w 100 procentach. Na szczęście mimo wszystko nie mielisy problemów ze spaniem, poza tym był wagon restauracyjny.


Wynajem samochodu

Tu sprawa jest prosta: żeby wynająć samochód w Chinach trzeba mieć chińskie prawo jazdy.


Płatności

To nieprawda, że w Chinach nie można płacić gotówką. Jest wręcz odwrotnie – w większości miejsc nie ma z tym problemów. Pieniądze można wymienić w bankach, przy których często są bankomaty, z których można wybrać gotówkę – jednak nie jest to reguła. Nie zawsze też działają “nasze” karty.

Jeżeli chodzi o płatności kartą, to z tym jest problem, bo często nasze karty nie są obsługiwane. Najlepszym rozwiązaniem jest zainstalowanie jednej z chińskich aplikacji do płacenia – w moim przypadku sprawdził się alipay. Jednak jest konieczne, żeby zainstalować i zarejestrować się, podpiąć swoją kartę w aplikacji przed wyjazdem. Podstawowy problem jest taki, że do rejestracji potrzebny jest telefon z kartą sim, a w przypadku niektórych krajów (np Polski) poza kartą sim jest wymagana jakaś dodatkowa procedura potwierdzenia, która po prostu nie działała. Nie było za to problemów z angielską kartą sim – tutaj żadne potwierdzenie nie było potrzebne. Nie wiem na czym to polega (zwłaszcza, że teoretycznie jesteśmy bardziej uprzywilejowani, niż anglicy bo możemy przebywać w Chinach do 30 dni bez wizy – anglicy maksymalnie 10 dni). Płatność aplikacją w wielu przypadkach uratowała nam życie tak więc jest to opcja jak najbardziej godna polecenia. Warto wspomnieć też, że były 3 czy 4 miejsca, gdzie nie można było zapłacić ani gotówką ani żadną kartą, tylko aplikacjami (alipay, wechat itp). W ogóle, jak zauważyłem jest to też dosyć wygodna metoda płacenia np za parking – przed wjazdem a na parking jest znak z kodem QR który trzeba zeskanować i w ten sposób płacimy za parkowanie.


Język

Przed wyjazdem sporo naczytałem się i nasłuchałem, że trzeba mieć jakiś chiński translator, że Google Translator nie radzi sobie, że trzeba się nauczyć chińskiego itp. Nie było tak źle – w większości przypadków goglarz radził sobie całkiem nieźle. Dodatkowo miał coś, co kilkukrotnie wprawilo w oslupienie samych Chińczyków – rozpoznawanie chińskich krzaczków bezpośrednio z kamery – wystarczy skierować kamerę na menu w restauracji, a aplikacja w locie zamieni chińskie litery na angielskie lub polskie tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o znajomość angielskiego w Chinach, to jest ona praktycznie zerowa – np na lotnisku nie rozumieli co znaczy “exit”.

W bardzo niewielu miejscach mogliśmy porozumieć się po angielsku. Jednym z takich miejsc, zupełnie przypadkowo, w przepełnionym pociągu, gdzie chcieliśmy zamienić się ludźmi miejscami, trafiliśmy na chłopaka, który mówił całkiem nieźle po angielsku i bardzo chciał nam pomóc, jednak jak się okazało nikt nie chciał się zamienić – pociąg był cały pełny.

Dodatkowo – przy pomocy translatora – zagadaliśmy konduktora czy mógłby nam pomóc i popytać ludzi. Facet naprawdę bardzo mocno się starał, pytał, później odnalazł nas, znów rozmawialiśmy przez translatora, poinformował, że nie dało rady, ale będzie szukał dalej. Przywróciło to naszą wiarę w ludzi, niestety jednak nie udało się. Tak czy inaczej, mimo stresu, w Chinach Google Translator trzeba po prostu mieć.


Internet

Bez VPN żadne popularne strony czy aplikacje w Chinach nie będą działać. Trzeba zatem zaopatrzyć się w jakiś dobry VPN, a dobre VPN-y są niestety płatne. Oprócz tego trzeba też wykazać się cierpliwością, bo będą dni, w których niektóre lokalizacje będą działać, a będą też dni, w których trzeba będzie łączyć się przez inne państwa. W naszym przypadku najczęściej działała Tajlandia, UK.

Korzystając z np. Revoluta czy innych aplikacji bankowych trzeba być świadomym, że czasem operator może blokować niektóre destynacje (np. z powodu ataków hakerskich) i mogą one działać „dziwnie”, tzn. mogą wyłączać się bez żadnej informacji lub bez powodu nie będzie można się zalogować itp. Pierwsze czego warto spróbować, to nie panikować, a spróbować zmienić lokalizację.

Kuchnia

Generalnie dużo noodli, wieprzowiny i warzyw. W Pekinie oczywiście próbowaliśmy słynnej pieczonej kaczki po pekińsku – marynowanej w chrupiącej skórce. Oprócz tego roznego rodzaju zupy oraz inne wynalazki, jak np. kiełbaski na patyku – chociaż to głównie w Xi’An.

Kawa dosc rzadko spotykana – pilismy glownie w hotelach.

Jeżeli chodzi o słabsze trunki, to ciekawostką były różnego rodzaju schłodzone herbaty w plastikowych butelkach 0.33l, które można kupić w lokalnych sklepach. Dość szeroka gama smaków, np. chryzantemowe, jaśminowe itp. Dostępne są opcje bez cukru, jak również słodzone. Co ciekawe, popularna u nas woda gazowana w Chinach jest rzadko spotykana – Chińczycy najwyraźniej nie preferują picia “wody na zimno i z bąbelkami”. W jednym z hoteli, przy ponad 30-stopniowym upale na zewnątrz, poczęstowani zostaliśmy “dla państwa komfortu” ciepłą, niegazowaną wodą.

Wino

Wino chińskie było dla nas totalnym zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się czegoś, co usiłowaliśmy spróbować w Wietnamie – bez powodzenia. Chińskie wina (np. Great Wall) są na bardzo dobrym poziomie (na tyle, na ile znam się w tym temacie) – dodatkowo, kompletnie niedostepne i nieznane w Europie.

Piwo

czyli po chińsku piijiu (pidzio). Z tego, co się zdążyłem zorientować, chińska nazwa piwa pochodzi od polskiego, dość zbliżonego słowa. Wynika to z faktu, że nasi rodacy budowali od podstaw pierwszy chiński browar w Harbin, więc mieli okazję wyedukować w tym zakresie naród chiński. Co do samego piwa w Chinach, to jest to dość dobrej jakości trunek, chociaż o mocno obniżonym poziomie alkoholu (średnio 2-3%).


Plan

Pekin

W Pekinie spędziliśmy dwa dni. Przed wyjazdem, przez internet zamówiliśmy transport z lotniska. Dodatkowo z kierowcą umówiliśmy się na wycieczkę na Wielki Mur Chiński dwa dni później.

W Pekinie spotkaliśmy całkiem sporo turystów z Polski. Wiadomo – ruch bezwizowy, dobre siatki połączeń. Jednak w głębi kraju nie spotkaliśmy ani jednego rodaka. Wydaje mi się, że turystów z innych krajów naszej cywilizacji również można było policzyć na palcach jednej ręki.

Mieszkaliśmy w pobliżu dworca zachodniego. I tu było pierwsze zdziwienie, bo Chiny zawsze kojarzą się z państwem policyjnym. A państwo policyjne, wiadomo, ogranicza swobody, wymusza odpowiednie zachowanie itp. Niezupełnie tak było. Na środku ogromnego placu stała mobilna komenda policji, przy niej dwóch policjantów z karabinami maszynowymi. A na placu sporo bezdomnych czy innych „niebieskich ptaków”. Dziwne to było.

Metro w Pekinie jest tanie (4 juany, czyli ok. 2 złote), jednak ciężko na początku ogarnąć połączenia. Google nie ma zaznaczonych tras metra, a jedyną aplikacją, która dawała taką możliwość, była maps.me, gdzie można wybrać sobie warstwę z zaznaczonymi trasami metra.


Zakazane Miasto

Pierwsze zderzenie z systemem! Zostaliśmy dokładnie przeszukani – zabrano nam spreje na komary, dezodoranty, powąchano wszystkie nasze napoje, przeszukano kieszenie itp. Przezornie nie wzięliśmy power banków, bo słyszeliśmy, że te też mogą zabrać (co też okazało się prawdą).

Jednak to, co przeszliśmy podczas wejścia do Zakazanego Miasta, to nic w porównaniu do tego, co nas spotkało, kiedy chcieliśmy wejść na plac Tian’anmen. Oczywiście bilet trzeba kupić wcześniej – bez tego nie da się wejść. Sam plac to wydzielona część miasta, do której, żeby wejść, trzeba przejść przez trzyetapowe kontrole. Najpierw paszport, który pełni też rolę biletu, później znowu paszport i przeszukanie, później przejście przez bramkę – i można wejść.

Jednak po przejściu dobrze iść dokładnie na plac i nie schodzić na bok, bo może się okazać, że zejdziemy z „zamkniętej” trasy i trzeba będzie znów czekać godzinę w kolejce i przechodzić wszystkie kontrole od nowa – tak było w naszym przypadku.


Wielki Mur Chiński

Ten fragment naszej wycieczki mieliśmy zamówiony jeszcze przed wyjazdem – znaleźliśmy gdzieś ogłoszenie lokalnego taksówkarza, który oferował transfer z lotniska i przewóz na lokalne atrakcje. Z Pekinu jest kilka miejsc, do których można pojechać na Wielki Mur. Najbliżej, bo około 70 km, jest część północna – Mutianyu. Taksówkarz kupił nam bilety i czekał 2 godziny na nasz powrót.


Xi’An

Dojechaliśmy tam nocnym pociągiem z Pekinu. To około 1200 km i podróż trwała z grubsza 18 godzin. Na tej trasie jeżdżą też szybkie pociągi, które pokonują tę odległość w poniżej 6 godzin, jednak chcieliśmy kolejny raz zuchwale wejść na wyższy poziom podróżowania i połączyć nocleg z przemieszczaniem się.

Co do samej kolei w Chinach, to dość rozległy temat. W tym miejscu wspomnę tylko, że tu również bezpieczeństwo jest dość ostro egzekwowane – przed wejściem na peron zostaliśmy szczegółowo przeszukani, a nasz bagaż został zeskanowany. Nie można przewozić power banków powyżej 100 W mocy, nie można mieć ostrych narzędzi. Można natomiast mieć płyny i dezodoranty. Wejscie na dworzec odbywa sie po zeskanowaniu paszportu ktory pelni rowniez funkcje biletu (przy rezerwacji biletu podajemy nasz numer paszportu).

W przypadku starszych paszportów można było skorzystać w bramki automatycznej, natomiast z nowszymi (2–3 letnimi) paszportami byl problem i trzeba było prosić o pomoc osobę, która wpuszczała pasażerów.

Same dworce w Chinach są ogromne – np. dworzec w Szanghaju to okrąg o średnicy 275 metrów!

Kolejna rzecz to czystość na peronach. Palenie chyba jest dozwolone (przynajmniej takie odniosłem wrażenie) i często podróżni rzucają niedopałki gdzie popadnie. Mimo to jednak wszystko jest na bieżąco sprzątane. W pociągu są torebki, do których można… pluć.

Plucie w Chinach to dość ciekawy temat, którego nie potrafię zrozumieć do końca. Chińczycy plują często i wszędzie w bardzo głośny, mięsisty sposób. Plują kobiety, plują mężczyźni i dzieci. Podobno jest to sposób na oczyszczenie organizmu z toksyn – tyle znalazłem na ten temat w internecie.

Wracając do Xi’An, oczywiście główną jego atrakcją jest armia terakotowa, chociaż miasto samo w sobie też jest ciekawe. My spędziliśmy tam dwa dni.

Dotarcie do naszego hotelu było trochę problematyczne, bowiem – mimo że był to hotel znanej międzynarodowej marki – to jego lokalizacja była błędnie podana w Google Maps, około pół kilometra dalej niż podawała aplikacja.

Xi’An to historycznie punkt początkowy słynnego Jedwabnego Szlaku. Pierwsze, co rzuca się w oczy po przyjeździe do miasta, to pochodzące z dynastii Ming Wieża Bębnowa i Wieża Dzwonu.

Na uwagę zasługuje też muzułmańska dzielnica. Warto przejść się nią po zachodzie słońca, popróbować lokalnych specjałów (czasem dość dziwnych), kiełbasek na patyku czy po prostu podziwiać światła i poczuć rytm tego miejsca.

Kolejną atrakcją miasta są obronne mury miejskie. Są to najlepiej zachowane mury tego typu w Chinach. Ich długość obecnie to około 15 km.


Armia terakotowa

Tę wycieczkę zamówiliśmy online przed przyjazdem. Jest również możliwość zwiedzenia terakotowej armii we własnym zakresie z dojazdem komunikacją publiczną. Jednak, jak przeczytałem, trzeba jednak uważać, bo są autobusy bliźniaczo podobne, które zamiast do prawdziwego muzeum dowiozą nas do jakiegoś obleśnego centrum handlowego.

Terakotowa Armia to zespół tysięcy glinianych figur żołnierzy, koni i rydwanów odkryty w 1974 roku w pobliżu Xi’an. Powstała w III w. p.n.e. jako straż grobowa pierwszego cesarza Chin, Qin Shi Huanga. Każda figura jest unikatowa, a całe znalezisko należy do najważniejszych odkryć archeologicznych XX wieku i znajduje się na liście UNESCO.

Obok Terakotowej Armii znajduje się ogromny grobowiec pierwszego cesarza Chin, Qin Shi Huanga – podziemne „miasto” symbolizujące jego imperium. Miejsce to nie jest udostępnione turystom ze względu na ryzyko uszkodzeń i wciąż trwające badania archeologiczne.


Suzhou – chińska Wenecja

W pociągu dowiedzieliśmy się, że poprawna wymowa to „sużou”. Warto znać lokalną wymowę żeby uniknąć nieporozumień🙂

Suzhou to historyczne miasto we wschodnich Chinach, słynące z klasycznych ogrodów, kanałów i kamiennych mostów. Nazywane jest „chińską Wenecją”, a jego ogrody znajdują się na liście UNESCO.

Upał był niemiłosierny, co w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza skutecznie uniemożliwiało dłuższe wędrówki. Jednak mimo to udało nam się obejść miasto, zwiedzić kilka ogrodów, przejść się wzdłuż kanałów i odbyć godzinną wycieczkę statkiem wzdłuż kanału.


Szanghaj

Szanghaj to największe i najbardziej nowoczesne miasto Chin, będące globalnym centrum finansowym i handlowym. Łączy futurystyczną architekturę dzielnicy Pudong z kolonialnym klimatem nabrzeża Bund oraz tradycyjnymi ogrodami, jak Yu Garden. Jest symbolem dynamicznego rozwoju współczesnych Chin.

W mieście tym spędziliśmy dwa dni. Tu spotkała nas pierwsza niespodzianka – jak wspomniałem wcześniej, okazało się, że nasz apartament był w innym miejscu niż to, które było ogłoszone na platformie. Dodatkowo w rzeczywistości był o wiele mniejszy – zajęło nam sporo czasu, żeby go znaleźć.

Po przyjeździe wyszliśmy na promenadę wzdłuż rzeki. Od razu zostaliśmy namierzeni przez Chińczyków, którzy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. Ciekawe, że poza nami nie zauważyłem przedstawicieli innych nacji.

Sytuacja wyglądała na dość beznadziejną, bowiem po zakończeniu zdjęć z jednymi, od razu – zachęceni – podchodzili kolejni. Po trzech czy czterech sesjach w końcu jakoś udało nam się ewakuować.

Miasto jest ogromne, w oczy rzucają się potężne wieżowce po drugiej stronie rzeki. Nasuwa się skojarzenie z finansową dzielnicą Londynu Canary Wharf, jednak mocno „na sterydach”.


Guilin

W Szanghaju oczekiwaśmy na pociąg około 3 godzin. Jako że było bardzo gorąco, postanowiliśmy posiedzieć na posadzce przed wejściem na dworzec. Było zdecydowanie chłodniej, niż na zewnątrz, a poza tym było sporo sklepów i barów.

Oczywiście, znów byliśmy lokalną atrakcją – kilkukrotnie Chińczycy robili sobie z nami selfie. Podszedł też jeden przyjezdny młodzieniec, mówiący po angielsku, zafrapowany tym, że siedzimy na betonowej posadzce. Chciał dać nam matę, na której będziemy mogli usiąść. Poinformował, że przyjechał do Szanghaju i nie chce, żebyśmy się przeziębili, że to niezdrowo siedzieć na ziemi. Podziękowaliśmy grzecznie, jednak zrobiło nam się miło.

Przejazd z Szanghaju do Guilin stanowił największe wyzwanie, ponieważ – mimo że mieliśmy potwierdzoną rezerwację – nasz bilet nie został wydany i nie zwrócono nam za to pieniędzy. W zamian zaoferowano nam podróż w gorszych warunkach, na samej górze w wagonach z trzypiętrowymi łóżkami. Cała ekipa oddalona od siebie o 7 wagonów.

Mocno obawialiśmy się spędzenia 21 godzin w takich warunkach. Przetrzymaliśmy, chociaż nie było to łatwe. Wejście po prowizorycznej drabince na samą górę jest dość skomplikowane. Dopóki się leży, wszystko jest ok. Sytuacja komplikuje się, kiedy będąc już na górze trzeba napić się wody lub coś zjeść – nawet dla osób o niższym wzroście czynności te trzeba robić w pozycji łabędzia, unikając dotykania głową sufitu.

Niewątpliwym plusem tego dość wiekowego, acz klimatycznego składu był wagon barowy z całkiem fajnym menu z potrawami przyrządzanymi na miejscu przez kilkuosobową ekipę w okazałej kuchni.

Od samego początku naszej podróży w wagonie restauracyjnym wraz z nami przebywała spora grupa Chińczyków, która zamawiała potężne góry jedzenia (głównie ryż i spore ilości wieprzowiny). Po chwili na stole pojawiła się wódka (jak nam powiedzieli – zakupiona przed podróżą) i towarzystwo rozpoczęło grę w karty.

My siedzieliśmy kilka rzędów od nich, część z nich wydawała się zainteresowana nami. Mimo że komunikacja po angielsku kulała, udało nam się zamienić kilka zdań. Co ciekawe, przejawiali dość bezpośrednie zainteresowanie – potrafili stać koło nas i wgapiać się w nasze telefony. No cóż, podobno oni tak mają. Poszliśmy spać wcześniej, około dwunastej w nocy.

Następnego dnia 21-godzinnej podróży wstaliśmy dość wcześnie rano i poszliśmy do samowaru zalać zupkę chińską. Była 9 rano i nasza restauracja na szynach była jeszcze pusta. Sytuacja zmieniła się dość szybko – przyszli Chińczycy, na stole znów pojawiły się karty i baijiu (biała wódka). W pewnym momencie jeden z nich podszedł do nas z butelką, poinformował, że jest to chińskie „wino” i powinniśmy spróbować, po czym nalał nam do szklanki. Nie wypadało odmówić!

Poza tym podróżujący w naszym otwartym przedziale Chińczycy nawiązali z nami kontakt. Byli nami zainteresowani, bardzo łamaną angielszczyzną zapytali, czy mówimy po chińsku, jeden ze współpasażerów znał Lewandowskiego, wiedział, gdzie jest „Balan” (Polska).

Guilin to miasto w południowych Chinach, znane z malowniczych krasowych wzgórz i krajobrazów nad rzeką Li. Region od wieków inspiruje chińskich malarzy i poetów, a rejs po rzece Li należy do najsłynniejszych atrakcji w kraju. Okolice Guilin i Yangshuo uchodzą za jedne z najpiękniejszych naturalnych scenerii Chin.

Że krajobrazy Guilin są piękne i inspirujące, wystarczy powiedzieć, że krasowe wzgórza tego rejonu zobaczyć można na banknocie 20-juanowym. Wycieczkę zamówiliśmy już z hotelu. Samo miejsce, gdzie mieszkaliśmy, było oddalone od miasta o około 10 km, ale zaletą było to, że było dość blisko najważniejszych atrakcji tego regionu.


Kuchnia Guilin

Podobno region ten słynie ze specyficznych noodli, jednak nie było nam dane się o tym przekonać. W naszej restauracji zrobiliśmy sobie “karuzelę” z różnymi daniami i każdy miał okazję spróbować wszystkiego. Co ciekawe, w menu było tez psie mięso. Mam ochotę tego spróbować, jednak jako główne danie.

Mieszkaliśmy w typowym mini-mieście dla turystów, które powstało podczas rozwoju Chin. Tak przypuszczam, ale jak wcześniej czytałem – najpierw była to zwyczajna wioska, później pojawili się turyści z większych chińskich miast, co zachęciło lokalnych mieszkańców do otwarcia się na obcych. Pojawiły się mini restauracje, lokalsi mogli brać pożyczki, zaczęli inwestować i tak powstała specyficzna baza noclegowa.


Wycieczka

Wycieczke zamowilismy juz bedac w hotelu. Wybralismy opcje

Jak się okazało, nasz przewodnik i kierowca w jednym nie mówił ani słowa po angielsku. Posługiwał się chińskim translatorem i w ten sposób informował nas o poszczególnych etapach naszej wycieczki.

Mimo to, wszystko przebiegało jednak dość sprawnie.

Najpierw objazd i wejscie na Elephant Trunk Mountain i podziwianie krajobrazow. Co ciekawe, widok na charakterystyczne gory znajduje sie na banknocie 20 juanowym. Pozniej przejazdzka gondolami po rzece Li. Co ciekawe, wyglada na to, ze bylismy jedynymi turystami spoza Chin.

Oczywiscie i tu wzbudzalismy ciekawosc – kilka razy, lamana angielszczyzna pytano nas skad jestesmy. Oczywiscie – Balan, czyli Polska.

Na koniec załapaliśmy się na porządny deszcz. Słaby angielski naszego przewodnika uratował nas przed całkowitym zmoknięciem (a być może i przemoczeniem dokumentów). Oto bowiem kolejnym etapem naszej wycieczki były tarasy ryzowe Longji i przejazdzka skuterami. Nie byliśmy zbyt chętni na jazde skuterem, wobec czego zaoferowano nam, że możemy przejechać się rowerem. Nie porozumieliśmy się jednak wystarczająco i stwierdziliśmy, że nie umiemy jeździć na rowerze. Kiedy w końcu dogadaliśmy się, doszliśmy do wniosku, że jednak wolimy po prostu przejść się po okolicy. Na ten moment było bardzo gorąco – czuć było zapach gotowanego ryżu (było to pole ryżowe), widac bylo rolnikow, ktorzy pracowali przy uprawie. Po krótkiej przechadzce wróciliśmy i wtedy zaczęła się prawdziwa ulewa. Udało się.

Shenzen

Wycieczke zamowilismy juz bedac w hotelu. Wybralismy opcje

Hong Kong

Z Szenzen przejechalismy meterm do przejscia granicznego. Kontrola paszportow, kolejna, tym razem wyjazdowa pieczatka z Chin. Nastepnie przejazd okolo 30 minut meterm.

I tu pierwszy szok, bo poczuliśmy się przez chwilę jak w Londynie. Główna ulica, przy której mieszkalismy, była bardzo podobna do Oxford Street, jeździły piętrowe autobusy, większość napisów była również po angielsku, byly duze sklepy z podobnym asortymentem, jak w ondynie. Oprocz tego, da sie wyczuc wieksza miedzynarodowosc tego miasta – duzo hindusow, pakistanczykow, arabow i innych nacji.

Mieliśmy spore problemy ze znalezieniem naszych apartamentów. Jak się okazało, mieściły się na 15. piętrze “mrówkowca”. Niestety, nie było nikogo, kto mógłby nam wydać klucze do pokoi. Musieliśmy zatem kupić hongkońską kartę SIM (te chińskie w Hongkongu nie działają, podobnie jest w Makau), zadzwonić do właściciela i poinformować go, że czekamy. Dopiero wtedy pojawił sie wyluzowany facet(bodajze z Zimbabwe), ktory wydal nam klucze (you my friend, no problem. Boss, no problem). Faktycznie, trzeba przyznac, ze mimo poczatkowych trudnosci, nie robil z niczym problemu.

Góra Victorii

Victoria Peak (The Peak) to najwyższa góra wyspy Hongkong (552 m n.p.m.) i jeden z najlepszych punktów widokowych na panoramę miasta.

Kolejka linowo-terenowa na gore Victorii (the Peak) działa od 1888 r., co czyni ją jedną z najstarszych w Azji. Początkowo służyła głównie kolonialnej elicie. Dziś to popularna atrakcja turystyczna, znana z bardzo stromego nachylenia – wagoniki wjezdzaja prawie pionowo, zupelnie odmiennie od innych tego typu konstrukcji.

Oczywiscie, mozna wejsc lub zejsc pieszo.

Macau

Makau to specjalny region administracyjny Chin, dawniej portugalska kolonia. Znane jest z kasyn, zabytkowego centrum wpisanego na listę UNESCO oraz mieszanki kultury chińskiej i europejskiej. Często nazywane jest „Las Vegas Azji”.

Wybraliśmy podróż szybkim promem. Przejazd trwa około godziny i prowadzi wzdłuż mostu Hongkong–Zhuhai–Makau – cała trasa to około 55 km, z czego sam most w najdłuższym odcinku ma mniej więcej 30 km.

Oczywiście musieliśmy przejść dwie kontrole paszportowe – przed wejściem na prom do Macau, a następnie po wyjściu na ląd. Nasza karta SIM z Hongkongu przestała działać. Po wyjściu zostaliśmy zagadani przez przedstawiciela firmy, która organizuje krótkie, objazdowe wycieczki samochodem po Macau. Jako że nie mieliśmy zbyt dużo czasu (kilka godzin), postanowiliśmy skorzystać.

Zwiedziliśmy północną, zabytkową część, później skierowaliśmy się na południe, gdzie obejrzeliśmy misie panda, a następnie udaliśmy się do części z kasynami. Wielkość tych kasyn i imitacji różnych znanych budowli (Wieża Eiffela, Westminster, Wenecja i inne) poraża. I tu pojawił się pewien problem, bowiem postanowiliśmy, że zamiast promem, chcemy wrócić autobusem. To trochę popsuło plany organizatora naszej wycieczki, bowiem zazwyczaj ludzie wracają promem – i na to byli widocznie najlepiej przygotowani, w tym przypadku zostałoby nam sporo czasu na to, żeby zjeść w jakiejś lokalnej restauracji. Kierowca kupił nam bilety na autobus i po prostu zostawił nas przy jednym z kasyn, informując, że tu możemy zjeść. Mieliśmy około 2 godziny do odjazdu. Głód zaczął nam doskwierać coraz mocniej. Na dodatek, mimo naszych szczerych chęci, nie byliśmy w stanie znaleźć żadnej normalnej restauracji, ani tym bardziej sklepu z jedzeniem. Ostatnią rzeczą, jaką jedliśmy, była zupka instant rano. Te molochy z kasynami i różnymi atrakcjami pod turystów są oczywiście zawsze budowane w ten sposób, aby maksymalnie utrudnić wyjście. Tak więc, nie dość, że nic nie znaleźliśmy, to na dodatek kompletnie się tam pogubiliśmy i wracaliśmy jakąś dziwną trasą na zewnątrz tego giganta. Zdecydowaliśmy, że odpuszczamy – nie mogliśmy stracić autobusu.

W końcu, po dwóch godzinach nasz autobus przyjechał. Niestety, nie był to koniec naszych utrapień, bo po około 40 minutach jazdy zatrzymał się do kontroli paszportowej. Wszyscy musieli wyjść. Autobus, bez względu na to, ile osób wróci, miał odjechać po 20 minutach. Pierwszy etap poszedł gładko. Jednak po kolejnych kilkudziesięciu minutach – kolejny 20-minutowy postój – tym razem kontrola paszportów przy wjeździe do Hongkongu. Tu sytuacja wyglądała na beznadziejną – niekończące się kolejki, na oko ponad godzinę stania. Nie było żadnej szansy przejścia przez to wszystko w 20 minut. Postanowilismy troche zaimprowizowac i stanęliśmy w najkrótszej kolejce dla mieszkańców Hongkongu (zamiast dla obcokrajowcow). Prosbami i dobrymi minami udało nam się ubłagać urzędnika, żeby jednak nas obsłużył. Po wszystkim wrocilismy do autobusu – faktycznie, odjechał po 20 minutach. Część ludzi została – ale być może to byli ci, ktorzy mieszkali blisko.

I w ten oto sposób dotarliśmy z powrotem do Hongkongu. Szczęśliwie autobus zatrzymał się przed jedną z restauracji, która wyglądała dosyć obiecująco. W takich sytuacjach można docenić lokalną kuchnię. Chociaż prawdę mówiąc, w moim przypadku zjadłbym odpowiednio doprawioną podeszwę z buta.