Czerwiec/lipiec 2025 – Chiny

  1. Podstawowe informacje
    1. Noclegi
    2. Komunikacja
    3. Wynajem samochodu
    4. Płatności
    5. Język
    6. Internet
    7. Kuchnia
  2. Plan
    1. Pekin
    2. Zakazane Miasto
    3. Wielki Mur Chiński
    4. Xi’An
    5. Armia terakotowa
    6. Suzhou – chińska Wenecja
    7. Szanghaj
    8. Guilin
    9. Kuchnia Guilin
    10. Wycieczka
    11. Shenzen
    12. Hong Kong
    13. Góra Victorii
    14. Macau

Informacje na temat Chin, jakie można znaleźć w internecie trochę demonizują ten kraj i mogą spowodować, że sporo osób raczej wybierze inny kierunek swojej podróży, po prostu, żeby uniknąć problemów.

W dużej mierze to prawda, jednak, jak się jednak okazało, sporo informacji było przesadzonych i tak naprawdę, nie taki diabeł straszny.

Mimo to jednak – żeby uniknąć problemów, warto być świadomym wszystkich potencjalnych niespodzianek, jakie mogą się zdarzyć i przygotować się na nie zawczasu


Podstawowe informacje

Noclegi

Wszystkie noclegi zamawialiśmy poprzez booking.com. Omijaliśmy hotele gdzie wszystkie informacje były po chińsku. Parę lat temu sytuacja wyglądała tak, że hotele mogły odmówić w sytuacji, gdy gosciem był obcokrajowiec. Zmieniło się to kilka lat temu, kiedy rząd chiński wymusił na hotelach to, że mają obsługiwać również gości z zagranicy. Mimo to jednak postanowiliśmy skupić się na hotelach z jasno podaną informacją po angielsku.

Ceny (poza Hong Kongiem i Szanghajem) były znośne. Ogólnie, nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, poza Szanghajem własnie, gdzie, jak się okazało właściciel na dzień przed naszym przyjazdem podał nam inny adres niż ten, który był podczas rezerwacji. Większość komunikacji była na wechacie po chińsku (z angielskimi wstawkami). Używaliśmy google translatora i w natłoku informacji pominęliśmy fakt, że wskazówki dotarcia na miejsce dotyczyły innego adresu a sam właściciel nas o tym nie poinformował. Daleko nie było, bo około 2km ale w ponad trzydziestostopniowym upale z pełnymi plecakami było ciężko.

Druga niespodzianka była w Xi’An kiedy mapy google pokazywały całkowicie inne miejsce na mapie, oddalone o około 600m od tego podanego na bookingu. Warto mieć zatem jakąś zapasową mapę, np. OSM, mapy.cz czy maps.me. Ta ostatnia przydała nam się w Pekinie, bo pokazywała trasy metra co ułatwiło nam poruszanie się po tym mieście.


Komunikacja

Tu był spory problem, bo zaplanowaliśmy, że po Chinach poruszać będziemy się transportem kolejowym. Jak się okazało, kupno biletów kolejowych, mimo tego co czytałem na ten temat nie jest wcale takie łatwe. Po pierwsze, należy dokonać rezerwacji ze sporym wyprzedzeniem za pomocą chińskich platform lub trip.com. Niestety to jednak wcale nie gwarantuje kupna biletu, bo te pojawiają się w systemie dopiero na około 2 tygodnie przed odjazdem, po czym szybko znikają – mimo tego, że dokonamy rezerwacji z np. 3 miesięcznym wyprzedzeniem. Przeczuwając problemy, skorzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionego profesjonalisty, który trzymał rękę na pulsie. Kupno większości biletów poszło bez problemu, jednak bilety na dwa nocne pociągi – mimo, że opłacił i dostał potwierdzenie – zostały anulowane (brak biletów!). W zamian dostaliśmy bilety na gorsze miejsca (łóżko na trzecim piętrze w klaustrofobicznych warunkach), zostaliśmy porozrzucani po różnych wagonach. Jak się okazało, niestety żaden zwrot nam nie przysługuje, bo “takie są warunki zakupu biletów”. W takich warunkach podróżowaliśmy całą dobę. I faktycznie pociąg był wypełniony w 100 procentach. Na szczęście mimo wszystko nie mielisy problemów ze spaniem, poza tym był wagon restauracyjny.


Wynajem samochodu

Tu sprawa jest prosta: żeby wynająć samochód w Chinach trzeba mieć chińskie prawo jazdy.


Płatności

To nieprawda, że w Chinach nie można płacić gotówką. Jest wręcz odwrotnie – w większości miejsc nie ma z tym problemów. Pieniądze można wymienić w bankach, przy których często są bankomaty, z których można wybrać gotówkę – jednak nie jest to reguła. Nie zawsze też działają “nasze” karty.

Jeżeli chodzi o płatności kartą, to z tym jest problem, bo często nasze karty nie są obsługiwane. Najlepszym rozwiązaniem jest zainstalowanie jednej z chińskich aplikacji do płacenia – w moim przypadku sprawdził się alipay. Jednak jest konieczne, żeby zainstalować i zarejestrować się, podpiąć swoją kartę w aplikacji przed wyjazdem. Podstawowy problem jest taki, że do rejestracji potrzebny jest telefon z kartą sim, a w przypadku niektórych krajów (np Polski) poza kartą sim jest wymagana jakaś dodatkowa procedura potwierdzenia, która po prostu nie działała. Nie było za to problemów z angielską kartą sim – tutaj żadne potwierdzenie nie było potrzebne. Nie wiem na czym to polega (zwłaszcza, że teoretycznie jesteśmy bardziej uprzywilejowani, niż anglicy bo możemy przebywać w Chinach do 30 dni bez wizy – anglicy maksymalnie 10 dni). Płatność aplikacją w wielu przypadkach uratowała nam życie tak więc jest to opcja jak najbardziej godna polecenia. Warto wspomnieć też, że były 3 czy 4 miejsca, gdzie nie można było zapłacić ani gotówką ani żadną kartą, tylko aplikacjami (alipay, wechat itp). W ogóle, jak zauważyłem jest to też dosyć wygodna metoda płacenia np za parking – przed wjazdem a na parking jest znak z kodem QR który trzeba zeskanować i w ten sposób płacimy za parkowanie.


Język

Przed wyjazdem sporo naczytałem się i nasłuchałem, że trzeba mieć jakiś chiński translator, że Google Translator nie radzi sobie, że trzeba się nauczyć chińskiego itp. Nie było tak źle – w większości przypadków goglarz radził sobie całkiem nieźle. Dodatkowo miał coś, co kilkukrotnie wprawilo w oslupienie samych Chińczyków – rozpoznawanie chińskich krzaczków bezpośrednio z kamery – wystarczy skierować kamerę na menu w restauracji, a aplikacja w locie zamieni chińskie litery na angielskie lub polskie tłumaczenie.

Jeżeli chodzi o znajomość angielskiego w Chinach, to jest ona praktycznie zerowa – np na lotnisku nie rozumieli co znaczy “exit”.

W bardzo niewielu miejscach mogliśmy porozumieć się po angielsku. Jednym z takich miejsc, zupełnie przypadkowo, w przepełnionym pociągu, gdzie chcieliśmy zamienić się ludźmi miejscami, trafiliśmy na chłopaka, który mówił całkiem nieźle po angielsku i bardzo chciał nam pomóc, jednak jak się okazało nikt nie chciał się zamienić – pociąg był cały pełny.

Dodatkowo – przy pomocy translatora – zagadaliśmy konduktora czy mógłby nam pomóc i popytać ludzi. Facet naprawdę bardzo mocno się starał, pytał, później odnalazł nas, znów rozmawialiśmy przez translatora, poinformował, że nie dało rady, ale będzie szukał dalej. Przywróciło to naszą wiarę w ludzi, niestety jednak nie udało się. Tak czy inaczej, mimo stresu, w Chinach Google Translator trzeba po prostu mieć.


Internet

Bez VPN żadne popularne strony czy aplikacje w Chinach nie będą działać. Trzeba zatem zaopatrzyć się w jakiś dobry VPN, a dobre VPN-y są niestety płatne. Oprócz tego trzeba też wykazać się cierpliwością, bo będą dni, w których niektóre lokalizacje będą działać, a będą też dni, w których trzeba będzie łączyć się przez inne państwa. W naszym przypadku najczęściej działała Tajlandia, UK.

Korzystając z np. Revoluta czy innych aplikacji bankowych trzeba być świadomym, że czasem operator może blokować niektóre destynacje (np. z powodu ataków hakerskich) i mogą one działać „dziwnie”, tzn. mogą wyłączać się bez żadnej informacji lub bez powodu nie będzie można się zalogować itp. Pierwsze czego warto spróbować, to nie panikować, a spróbować zmienić lokalizację.

Kuchnia

Generalnie dużo noodli, wieprzowiny i warzyw. W Pekinie oczywiście próbowaliśmy słynnej pieczonej kaczki po pekińsku – marynowanej w chrupiącej skórce. Oprócz tego roznego rodzaju zupy oraz inne wynalazki, jak np. kiełbaski na patyku – chociaż to głównie w Xi’An.

Kawa dosc rzadko spotykana – pilismy glownie w hotelach.

Jeżeli chodzi o słabsze trunki, to ciekawostką były różnego rodzaju schłodzone herbaty w plastikowych butelkach 0.33l, które można kupić w lokalnych sklepach. Dość szeroka gama smaków, np. chryzantemowe, jaśminowe itp. Dostępne są opcje bez cukru, jak również słodzone. Co ciekawe, popularna u nas woda gazowana w Chinach jest rzadko spotykana – Chińczycy najwyraźniej nie preferują picia “wody na zimno i z bąbelkami”. W jednym z hoteli, przy ponad 30-stopniowym upale na zewnątrz, poczęstowani zostaliśmy “dla państwa komfortu” ciepłą, niegazowaną wodą.

Wino

Wino chińskie było dla nas totalnym zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się czegoś, co usiłowaliśmy spróbować w Wietnamie – bez powodzenia. Chińskie wina (np. Great Wall) są na bardzo dobrym poziomie (na tyle, na ile znam się w tym temacie) – dodatkowo, kompletnie niedostepne i nieznane w Europie.

Piwo

czyli po chińsku piijiu (pidzio). Z tego, co się zdążyłem zorientować, chińska nazwa piwa pochodzi od polskiego, dość zbliżonego słowa. Wynika to z faktu, że nasi rodacy budowali od podstaw pierwszy chiński browar w Harbin, więc mieli okazję wyedukować w tym zakresie naród chiński. Co do samego piwa w Chinach, to jest to dość dobrej jakości trunek, chociaż o mocno obniżonym poziomie alkoholu (średnio 2-3%).


Plan

Pekin

W Pekinie spędziliśmy dwa dni. Przed wyjazdem, przez internet zamówiliśmy transport z lotniska. Dodatkowo z kierowcą umówiliśmy się na wycieczkę na Wielki Mur Chiński dwa dni później.

W Pekinie spotkaliśmy całkiem sporo turystów z Polski. Wiadomo – ruch bezwizowy, dobre siatki połączeń. Jednak w głębi kraju nie spotkaliśmy ani jednego rodaka. Wydaje mi się, że turystów z innych krajów naszej cywilizacji również można było policzyć na palcach jednej ręki.

Mieszkaliśmy w pobliżu dworca zachodniego. I tu było pierwsze zdziwienie, bo Chiny zawsze kojarzą się z państwem policyjnym. A państwo policyjne, wiadomo, ogranicza swobody, wymusza odpowiednie zachowanie itp. Niezupełnie tak było. Na środku ogromnego placu stała mobilna komenda policji, przy niej dwóch policjantów z karabinami maszynowymi. A na placu sporo bezdomnych czy innych „niebieskich ptaków”. Dziwne to było.

Metro w Pekinie jest tanie (4 juany, czyli ok. 2 złote), jednak ciężko na początku ogarnąć połączenia. Google nie ma zaznaczonych tras metra, a jedyną aplikacją, która dawała taką możliwość, była maps.me, gdzie można wybrać sobie warstwę z zaznaczonymi trasami metra.


Zakazane Miasto

Pierwsze zderzenie z systemem! Zostaliśmy dokładnie przeszukani – zabrano nam spreje na komary, dezodoranty, powąchano wszystkie nasze napoje, przeszukano kieszenie itp. Przezornie nie wzięliśmy power banków, bo słyszeliśmy, że te też mogą zabrać (co też okazało się prawdą).

Jednak to, co przeszliśmy podczas wejścia do Zakazanego Miasta, to nic w porównaniu do tego, co nas spotkało, kiedy chcieliśmy wejść na plac Tian’anmen. Oczywiście bilet trzeba kupić wcześniej – bez tego nie da się wejść. Sam plac to wydzielona część miasta, do której, żeby wejść, trzeba przejść przez trzyetapowe kontrole. Najpierw paszport, który pełni też rolę biletu, później znowu paszport i przeszukanie, później przejście przez bramkę – i można wejść.

Jednak po przejściu dobrze iść dokładnie na plac i nie schodzić na bok, bo może się okazać, że zejdziemy z „zamkniętej” trasy i trzeba będzie znów czekać godzinę w kolejce i przechodzić wszystkie kontrole od nowa – tak było w naszym przypadku.


Wielki Mur Chiński

Ten fragment naszej wycieczki mieliśmy zamówiony jeszcze przed wyjazdem – znaleźliśmy gdzieś ogłoszenie lokalnego taksówkarza, który oferował transfer z lotniska i przewóz na lokalne atrakcje. Z Pekinu jest kilka miejsc, do których można pojechać na Wielki Mur. Najbliżej, bo około 70 km, jest część północna – Mutianyu. Taksówkarz kupił nam bilety i czekał 2 godziny na nasz powrót.


Xi’An

Dojechaliśmy tam nocnym pociągiem z Pekinu. To około 1200 km i podróż trwała z grubsza 18 godzin. Na tej trasie jeżdżą też szybkie pociągi, które pokonują tę odległość w poniżej 6 godzin, jednak chcieliśmy kolejny raz zuchwale wejść na wyższy poziom podróżowania i połączyć nocleg z przemieszczaniem się.

Co do samej kolei w Chinach, to dość rozległy temat. W tym miejscu wspomnę tylko, że tu również bezpieczeństwo jest dość ostro egzekwowane – przed wejściem na peron zostaliśmy szczegółowo przeszukani, a nasz bagaż został zeskanowany. Nie można przewozić power banków powyżej 100 W mocy, nie można mieć ostrych narzędzi. Można natomiast mieć płyny i dezodoranty. Wejscie na dworzec odbywa sie po zeskanowaniu paszportu ktory pelni rowniez funkcje biletu (przy rezerwacji biletu podajemy nasz numer paszportu).

W przypadku starszych paszportów można było skorzystać w bramki automatycznej, natomiast z nowszymi (2–3 letnimi) paszportami byl problem i trzeba było prosić o pomoc osobę, która wpuszczała pasażerów.

Same dworce w Chinach są ogromne – np. dworzec w Szanghaju to okrąg o średnicy 275 metrów!

Kolejna rzecz to czystość na peronach. Palenie chyba jest dozwolone (przynajmniej takie odniosłem wrażenie) i często podróżni rzucają niedopałki gdzie popadnie. Mimo to jednak wszystko jest na bieżąco sprzątane. W pociągu są torebki, do których można… pluć.

Plucie w Chinach to dość ciekawy temat, którego nie potrafię zrozumieć do końca. Chińczycy plują często i wszędzie w bardzo głośny, mięsisty sposób. Plują kobiety, plują mężczyźni i dzieci. Podobno jest to sposób na oczyszczenie organizmu z toksyn – tyle znalazłem na ten temat w internecie.

Wracając do Xi’An, oczywiście główną jego atrakcją jest armia terakotowa, chociaż miasto samo w sobie też jest ciekawe. My spędziliśmy tam dwa dni.

Dotarcie do naszego hotelu było trochę problematyczne, bowiem – mimo że był to hotel znanej międzynarodowej marki – to jego lokalizacja była błędnie podana w Google Maps, około pół kilometra dalej niż podawała aplikacja.

Xi’An to historycznie punkt początkowy słynnego Jedwabnego Szlaku. Pierwsze, co rzuca się w oczy po przyjeździe do miasta, to pochodzące z dynastii Ming Wieża Bębnowa i Wieża Dzwonu.

Na uwagę zasługuje też muzułmańska dzielnica. Warto przejść się nią po zachodzie słońca, popróbować lokalnych specjałów (czasem dość dziwnych), kiełbasek na patyku czy po prostu podziwiać światła i poczuć rytm tego miejsca.

Kolejną atrakcją miasta są obronne mury miejskie. Są to najlepiej zachowane mury tego typu w Chinach. Ich długość obecnie to około 15 km.


Armia terakotowa

Tę wycieczkę zamówiliśmy online przed przyjazdem. Jest również możliwość zwiedzenia terakotowej armii we własnym zakresie z dojazdem komunikacją publiczną. Jednak, jak przeczytałem, trzeba jednak uważać, bo są autobusy bliźniaczo podobne, które zamiast do prawdziwego muzeum dowiozą nas do jakiegoś obleśnego centrum handlowego.

Terakotowa Armia to zespół tysięcy glinianych figur żołnierzy, koni i rydwanów odkryty w 1974 roku w pobliżu Xi’an. Powstała w III w. p.n.e. jako straż grobowa pierwszego cesarza Chin, Qin Shi Huanga. Każda figura jest unikatowa, a całe znalezisko należy do najważniejszych odkryć archeologicznych XX wieku i znajduje się na liście UNESCO.

Obok Terakotowej Armii znajduje się ogromny grobowiec pierwszego cesarza Chin, Qin Shi Huanga – podziemne „miasto” symbolizujące jego imperium. Miejsce to nie jest udostępnione turystom ze względu na ryzyko uszkodzeń i wciąż trwające badania archeologiczne.


Suzhou – chińska Wenecja

W pociągu dowiedzieliśmy się, że poprawna wymowa to „sużou”. Warto znać lokalną wymowę żeby uniknąć nieporozumień🙂

Suzhou to historyczne miasto we wschodnich Chinach, słynące z klasycznych ogrodów, kanałów i kamiennych mostów. Nazywane jest „chińską Wenecją”, a jego ogrody znajdują się na liście UNESCO.

Upał był niemiłosierny, co w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza skutecznie uniemożliwiało dłuższe wędrówki. Jednak mimo to udało nam się obejść miasto, zwiedzić kilka ogrodów, przejść się wzdłuż kanałów i odbyć godzinną wycieczkę statkiem wzdłuż kanału.


Szanghaj

Szanghaj to największe i najbardziej nowoczesne miasto Chin, będące globalnym centrum finansowym i handlowym. Łączy futurystyczną architekturę dzielnicy Pudong z kolonialnym klimatem nabrzeża Bund oraz tradycyjnymi ogrodami, jak Yu Garden. Jest symbolem dynamicznego rozwoju współczesnych Chin.

W mieście tym spędziliśmy dwa dni. Tu spotkała nas pierwsza niespodzianka – jak wspomniałem wcześniej, okazało się, że nasz apartament był w innym miejscu niż to, które było ogłoszone na platformie. Dodatkowo w rzeczywistości był o wiele mniejszy – zajęło nam sporo czasu, żeby go znaleźć.

Po przyjeździe wyszliśmy na promenadę wzdłuż rzeki. Od razu zostaliśmy namierzeni przez Chińczyków, którzy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. Ciekawe, że poza nami nie zauważyłem przedstawicieli innych nacji.

Sytuacja wyglądała na dość beznadziejną, bowiem po zakończeniu zdjęć z jednymi, od razu – zachęceni – podchodzili kolejni. Po trzech czy czterech sesjach w końcu jakoś udało nam się ewakuować.

Miasto jest ogromne, w oczy rzucają się potężne wieżowce po drugiej stronie rzeki. Nasuwa się skojarzenie z finansową dzielnicą Londynu Canary Wharf, jednak mocno „na sterydach”.


Guilin

W Szanghaju oczekiwaśmy na pociąg około 3 godzin. Jako że było bardzo gorąco, postanowiliśmy posiedzieć na posadzce przed wejściem na dworzec. Było zdecydowanie chłodniej, niż na zewnątrz, a poza tym było sporo sklepów i barów.

Oczywiście, znów byliśmy lokalną atrakcją – kilkukrotnie Chińczycy robili sobie z nami selfie. Podszedł też jeden przyjezdny młodzieniec, mówiący po angielsku, zafrapowany tym, że siedzimy na betonowej posadzce. Chciał dać nam matę, na której będziemy mogli usiąść. Poinformował, że przyjechał do Szanghaju i nie chce, żebyśmy się przeziębili, że to niezdrowo siedzieć na ziemi. Podziękowaliśmy grzecznie, jednak zrobiło nam się miło.

Przejazd z Szanghaju do Guilin stanowił największe wyzwanie, ponieważ – mimo że mieliśmy potwierdzoną rezerwację – nasz bilet nie został wydany i nie zwrócono nam za to pieniędzy. W zamian zaoferowano nam podróż w gorszych warunkach, na samej górze w wagonach z trzypiętrowymi łóżkami. Cała ekipa oddalona od siebie o 7 wagonów.

Mocno obawialiśmy się spędzenia 21 godzin w takich warunkach. Przetrzymaliśmy, chociaż nie było to łatwe. Wejście po prowizorycznej drabince na samą górę jest dość skomplikowane. Dopóki się leży, wszystko jest ok. Sytuacja komplikuje się, kiedy będąc już na górze trzeba napić się wody lub coś zjeść – nawet dla osób o niższym wzroście czynności te trzeba robić w pozycji łabędzia, unikając dotykania głową sufitu.

Niewątpliwym plusem tego dość wiekowego, acz klimatycznego składu był wagon barowy z całkiem fajnym menu z potrawami przyrządzanymi na miejscu przez kilkuosobową ekipę w okazałej kuchni.

Od samego początku naszej podróży w wagonie restauracyjnym wraz z nami przebywała spora grupa Chińczyków, która zamawiała potężne góry jedzenia (głównie ryż i spore ilości wieprzowiny). Po chwili na stole pojawiła się wódka (jak nam powiedzieli – zakupiona przed podróżą) i towarzystwo rozpoczęło grę w karty.

My siedzieliśmy kilka rzędów od nich, część z nich wydawała się zainteresowana nami. Mimo że komunikacja po angielsku kulała, udało nam się zamienić kilka zdań. Co ciekawe, przejawiali dość bezpośrednie zainteresowanie – potrafili stać koło nas i wgapiać się w nasze telefony. No cóż, podobno oni tak mają. Poszliśmy spać wcześniej, około dwunastej w nocy.

Następnego dnia 21-godzinnej podróży wstaliśmy dość wcześnie rano i poszliśmy do samowaru zalać zupkę chińską. Była 9 rano i nasza restauracja na szynach była jeszcze pusta. Sytuacja zmieniła się dość szybko – przyszli Chińczycy, na stole znów pojawiły się karty i baijiu (biała wódka). W pewnym momencie jeden z nich podszedł do nas z butelką, poinformował, że jest to chińskie „wino” i powinniśmy spróbować, po czym nalał nam do szklanki. Nie wypadało odmówić!

Poza tym podróżujący w naszym otwartym przedziale Chińczycy nawiązali z nami kontakt. Byli nami zainteresowani, bardzo łamaną angielszczyzną zapytali, czy mówimy po chińsku, jeden ze współpasażerów znał Lewandowskiego, wiedział, gdzie jest „Balan” (Polska).

Guilin to miasto w południowych Chinach, znane z malowniczych krasowych wzgórz i krajobrazów nad rzeką Li. Region od wieków inspiruje chińskich malarzy i poetów, a rejs po rzece Li należy do najsłynniejszych atrakcji w kraju. Okolice Guilin i Yangshuo uchodzą za jedne z najpiękniejszych naturalnych scenerii Chin.

Że krajobrazy Guilin są piękne i inspirujące, wystarczy powiedzieć, że krasowe wzgórza tego rejonu zobaczyć można na banknocie 20-juanowym. Wycieczkę zamówiliśmy już z hotelu. Samo miejsce, gdzie mieszkaliśmy, było oddalone od miasta o około 10 km, ale zaletą było to, że było dość blisko najważniejszych atrakcji tego regionu.


Kuchnia Guilin

Podobno region ten słynie ze specyficznych noodli, jednak nie było nam dane się o tym przekonać. W naszej restauracji zrobiliśmy sobie “karuzelę” z różnymi daniami i każdy miał okazję spróbować wszystkiego. Co ciekawe, w menu było tez psie mięso. Mam ochotę tego spróbować, jednak jako główne danie.

Mieszkaliśmy w typowym mini-mieście dla turystów, które powstało podczas rozwoju Chin. Tak przypuszczam, ale jak wcześniej czytałem – najpierw była to zwyczajna wioska, później pojawili się turyści z większych chińskich miast, co zachęciło lokalnych mieszkańców do otwarcia się na obcych. Pojawiły się mini restauracje, lokalsi mogli brać pożyczki, zaczęli inwestować i tak powstała specyficzna baza noclegowa.


Wycieczka

Wycieczke zamowilismy juz bedac w hotelu. Wybralismy opcje

Jak się okazało, nasz przewodnik i kierowca w jednym nie mówił ani słowa po angielsku. Posługiwał się chińskim translatorem i w ten sposób informował nas o poszczególnych etapach naszej wycieczki.

Mimo to, wszystko przebiegało jednak dość sprawnie.

Najpierw objazd i wejscie na Elephant Trunk Mountain i podziwianie krajobrazow. Co ciekawe, widok na charakterystyczne gory znajduje sie na banknocie 20 juanowym. Pozniej przejazdzka gondolami po rzece Li. Co ciekawe, wyglada na to, ze bylismy jedynymi turystami spoza Chin.

Oczywiscie i tu wzbudzalismy ciekawosc – kilka razy, lamana angielszczyzna pytano nas skad jestesmy. Oczywiscie – Balan, czyli Polska.

Na koniec załapaliśmy się na porządny deszcz. Słaby angielski naszego przewodnika uratował nas przed całkowitym zmoknięciem (a być może i przemoczeniem dokumentów). Oto bowiem kolejnym etapem naszej wycieczki były tarasy ryzowe Longji i przejazdzka skuterami. Nie byliśmy zbyt chętni na jazde skuterem, wobec czego zaoferowano nam, że możemy przejechać się rowerem. Nie porozumieliśmy się jednak wystarczająco i stwierdziliśmy, że nie umiemy jeździć na rowerze. Kiedy w końcu dogadaliśmy się, doszliśmy do wniosku, że jednak wolimy po prostu przejść się po okolicy. Na ten moment było bardzo gorąco – czuć było zapach gotowanego ryżu (było to pole ryżowe), widac bylo rolnikow, ktorzy pracowali przy uprawie. Po krótkiej przechadzce wróciliśmy i wtedy zaczęła się prawdziwa ulewa. Udało się.

Shenzen

Wycieczke zamowilismy juz bedac w hotelu. Wybralismy opcje

Hong Kong

Z Szenzen przejechalismy meterm do przejscia granicznego. Kontrola paszportow, kolejna, tym razem wyjazdowa pieczatka z Chin. Nastepnie przejazd okolo 30 minut meterm.

I tu pierwszy szok, bo poczuliśmy się przez chwilę jak w Londynie. Główna ulica, przy której mieszkalismy, była bardzo podobna do Oxford Street, jeździły piętrowe autobusy, większość napisów była również po angielsku, byly duze sklepy z podobnym asortymentem, jak w ondynie. Oprocz tego, da sie wyczuc wieksza miedzynarodowosc tego miasta – duzo hindusow, pakistanczykow, arabow i innych nacji.

Mieliśmy spore problemy ze znalezieniem naszych apartamentów. Jak się okazało, mieściły się na 15. piętrze “mrówkowca”. Niestety, nie było nikogo, kto mógłby nam wydać klucze do pokoi. Musieliśmy zatem kupić hongkońską kartę SIM (te chińskie w Hongkongu nie działają, podobnie jest w Makau), zadzwonić do właściciela i poinformować go, że czekamy. Dopiero wtedy pojawił sie wyluzowany facet(bodajze z Zimbabwe), ktory wydal nam klucze (you my friend, no problem. Boss, no problem). Faktycznie, trzeba przyznac, ze mimo poczatkowych trudnosci, nie robil z niczym problemu.

Góra Victorii

Victoria Peak (The Peak) to najwyższa góra wyspy Hongkong (552 m n.p.m.) i jeden z najlepszych punktów widokowych na panoramę miasta.

Kolejka linowo-terenowa na gore Victorii (the Peak) działa od 1888 r., co czyni ją jedną z najstarszych w Azji. Początkowo służyła głównie kolonialnej elicie. Dziś to popularna atrakcja turystyczna, znana z bardzo stromego nachylenia – wagoniki wjezdzaja prawie pionowo, zupelnie odmiennie od innych tego typu konstrukcji.

Oczywiscie, mozna wejsc lub zejsc pieszo.

Macau

Makau to specjalny region administracyjny Chin, dawniej portugalska kolonia. Znane jest z kasyn, zabytkowego centrum wpisanego na listę UNESCO oraz mieszanki kultury chińskiej i europejskiej. Często nazywane jest „Las Vegas Azji”.

Wybraliśmy podróż szybkim promem. Przejazd trwa około godziny i prowadzi wzdłuż mostu Hongkong–Zhuhai–Makau – cała trasa to około 55 km, z czego sam most w najdłuższym odcinku ma mniej więcej 30 km.

Oczywiście musieliśmy przejść dwie kontrole paszportowe – przed wejściem na prom do Macau, a następnie po wyjściu na ląd. Nasza karta SIM z Hongkongu przestała działać. Po wyjściu zostaliśmy zagadani przez przedstawiciela firmy, która organizuje krótkie, objazdowe wycieczki samochodem po Macau. Jako że nie mieliśmy zbyt dużo czasu (kilka godzin), postanowiliśmy skorzystać.

Zwiedziliśmy północną, zabytkową część, później skierowaliśmy się na południe, gdzie obejrzeliśmy misie panda, a następnie udaliśmy się do części z kasynami. Wielkość tych kasyn i imitacji różnych znanych budowli (Wieża Eiffela, Westminster, Wenecja i inne) poraża. I tu pojawił się pewien problem, bowiem postanowiliśmy, że zamiast promem, chcemy wrócić autobusem. To trochę popsuło plany organizatora naszej wycieczki, bowiem zazwyczaj ludzie wracają promem – i na to byli widocznie najlepiej przygotowani, w tym przypadku zostałoby nam sporo czasu na to, żeby zjeść w jakiejś lokalnej restauracji. Kierowca kupił nam bilety na autobus i po prostu zostawił nas przy jednym z kasyn, informując, że tu możemy zjeść. Mieliśmy około 2 godziny do odjazdu. Głód zaczął nam doskwierać coraz mocniej. Na dodatek, mimo naszych szczerych chęci, nie byliśmy w stanie znaleźć żadnej normalnej restauracji, ani tym bardziej sklepu z jedzeniem. Ostatnią rzeczą, jaką jedliśmy, była zupka instant rano. Te molochy z kasynami i różnymi atrakcjami pod turystów są oczywiście zawsze budowane w ten sposób, aby maksymalnie utrudnić wyjście. Tak więc, nie dość, że nic nie znaleźliśmy, to na dodatek kompletnie się tam pogubiliśmy i wracaliśmy jakąś dziwną trasą na zewnątrz tego giganta. Zdecydowaliśmy, że odpuszczamy – nie mogliśmy stracić autobusu.

W końcu, po dwóch godzinach nasz autobus przyjechał. Niestety, nie był to koniec naszych utrapień, bo po około 40 minutach jazdy zatrzymał się do kontroli paszportowej. Wszyscy musieli wyjść. Autobus, bez względu na to, ile osób wróci, miał odjechać po 20 minutach. Pierwszy etap poszedł gładko. Jednak po kolejnych kilkudziesięciu minutach – kolejny 20-minutowy postój – tym razem kontrola paszportów przy wjeździe do Hongkongu. Tu sytuacja wyglądała na beznadziejną – niekończące się kolejki, na oko ponad godzinę stania. Nie było żadnej szansy przejścia przez to wszystko w 20 minut. Postanowilismy troche zaimprowizowac i stanęliśmy w najkrótszej kolejce dla mieszkańców Hongkongu (zamiast dla obcokrajowcow). Prosbami i dobrymi minami udało nam się ubłagać urzędnika, żeby jednak nas obsłużył. Po wszystkim wrocilismy do autobusu – faktycznie, odjechał po 20 minutach. Część ludzi została – ale być może to byli ci, ktorzy mieszkali blisko.

I w ten oto sposób dotarliśmy z powrotem do Hongkongu. Szczęśliwie autobus zatrzymał się przed jedną z restauracji, która wyglądała dosyć obiecująco. W takich sytuacjach można docenić lokalną kuchnię. Chociaż prawdę mówiąc, w moim przypadku zjadłbym odpowiednio doprawioną podeszwę z buta.

Majówka 2025 – Stambuł

Nigdy nie byliśmy dłużej w Turcji, więc majowy długi weekend był doskonałą okazją, żeby trochę odsłonić to miejsce.

Stambuł to fascynujące miasto położone na styku Europy i Azji, rozciągające się po obu stronach Bosforu. Przez wieki był stolicą wielkich imperiów – rzymskiego, bizantyjskiego i osmańskiego – co widać w jego niezwykłej architekturze i zabytkach, takich jak Hagia Sophia czy Błękitny Meczet. To miejsce, gdzie nowoczesność miesza się z tradycją, a tętniące życiem bazary sąsiadują z nowoczesnymi dzielnicami. Stambuł zachwyca także kuchnią, widokami nad wodą i niepowtarzalną atmosferą.

Po przylocie postanowiliśmy dojechać na miejsce docelowe autobusem. Teoretycznie krócej oraz, jak się wydawało – bliżej naszego hotelu. Zostaliśmy wkreceni w lokalną maszynę marketingowa i zwerbowani do zakupu miejskiej karty komunikacyjnej. Sprzedano nam dwie takie karty, chociaż – jak się później okazało – jedna jest wystarczająca na kilka osób. Co zrobić.

Most bosforski

Metrem dojechaliśmy do Üsküdar. To azjatycka część Stambułu.

Liczyłem na porządnego kebaba, jednak trochę się zawiodłem – być może trzeba bardziej poszukać.. Chociaż myślę, że akurat tam prym wiodą przede wszystkim droższe bary i bardziej reprezentacyjne restauracje. Ogólnie odniosłem wrażenie, że trochę brakowało tam autentyczności. Mimo wielu ograniczeń, część europejska sprawia jednak wrażenie bardziej tętniącej życiem, zaskakującej wieloma niespodziankami.

Metro pod cieśniną bosforska nie było zbyt dobrze oznakowane na mapach i mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem połączenia na drugą stronę.

Haghia sofia

Hagia Sophia to jeden z najważniejszych zabytków Stambułu. Została zbudowana w VI wieku jako kościół bizantyjski, później była meczetem, następnie muzeum, a obecnie ponownie pełni funkcję meczetu. Przez wieki symbolizowała potęgę Konstantynopola i zachwycała innowacyjną kopułą oraz bogatymi mozaikami.

Z uwagi na zaporową cenę za bilet i to, że mieliśmy dość ograniczony czas, postanowiliśmy, że ominiemy te atrakcje. Zamiast tego, zwiedziliśmy pobliski błękitny meczet – porównywalnie atrakcyjny, a dodatkowo z darmowym wstępem.

Most Galata i jedzenie

Most Galata to dosc ciekawe miejsce. Zobaczyć tu można wielu rybaków, którzy – patrząc pobieżnie na rezultaty ich połowów – nie będą musieli biegać do rybnego przed powrotem do domu.

Oprócz tego jest sporo barów, znakomitych, jednak dość drogich. No dobra, zjedliśmy w jednym… Na uwagę zasługują miejsca, gdzie serwowany jest lokalny fast food – przystępne cenowo ryby w bułce, podawane prosto z patelni. Nieco dalej na zachód od mostu stoi barka, gdzie owe ryby są skalpowane, filetowane oczyszczane, a następnie – już na brzegu – smażone i sprzedawane zupełnie na szybko. Wszystko odbywa się sprawnie i na masową skalę.

Istanbul to miasto, gdzie kupno alkoholu – poza restauracjami i pubami – jest mocno ograniczone. Stąd też ważną dla niektórych informacją może być to, że na moście Galata mieści się również jeden z kilku w mieście sklepów monopolowych. W sklepie tym znajduje się też prowizoryczny bar, gdzie widzieliśmy paru mężczyzn rozwiązujących przy piwku krzyżówki. Niestety mie mielismy krzyżowek.. 

Jak się okazało, w tym prowizorium znajduje się też toaleta – jednak tylko dla mężczyzn. Widocznie równouprawnienie jeszcze tam nie dotarło.

Koty

W Stambule koty są dosłownie wszędzie. Chodzą po ulicach, śpią na ławkach, wchodzą do kawiarni i meczetów, jakby były u siebie. Nikt ich nie przegania — wręcz przeciwnie, ludzie je dokarmiają i dbają o nie. Lub też – skutecznie same się dokarmiają…

Śpiewy do modlitwy

Każdego dnia w każdym praktycznie miejscu słyszeliśmy gromkie nawoływania do modlitwy. Przypomina to i nie pozwala na każdym kroku zapomnieć, że Turcja to muzułmański kraj. Nie przywykłem do czegoś takiego, brzmi to dla mnie mimo wszystko dziwnie.

Maj 2025 Uzbekistan – Tadżykistan

  1. Nocleg na odludziu
  2. Iskander Kul
  3. Duszanbe
  4. Chorog – następnym razem
  5. Tunel śmierci i Pandżakent
  6. Pandżakent
  7. Siedem Jezior
  8. Przejście graniczne Tadżykistan – Uzbekistan
  9. Samarkanda
  10. Andiżan
  11. Andiżan – Taszkient
  12. Taszkient

Po około czterogodzinnym, nocnym locie ze Stambułu w końcu lądujemy w Taszkiencie.

    Po raz kolejny wybraliśmy lot z międzylądowaniem w Stambule. Siatka połączeń jest dość rozbudowana, linie lotnicze – całkiem przyzwoite. Samo lotnisko jednak, jak na mój gust, to przerost formy nad treścią. Podstawowe udogodnienia, takie jak choćby fontanna z wodą, praktycznie nie istnieją – jedna była w stanie agonalnym, a drugiej w ogóle nie udało nam się zlokalizować.

    Do tego ceny z kosmosu: przykładowo kanapka za 20 euro. Za to sklepów z torebkami i ubraniami za kilka tysięcy euro nie brakuje – niestety raczej mało przydatnych dla zwykłego turysty. Część z nas leciała z Polski i mieliśmy spory problem z odnalezieniem się w tym chaosie.


Wcześniej, przez internet, zamówiliśmy kierowcę, który miał zawieźć nas z Taszkientu do Chodżentu.

    Od razu po przylocie zostaliśmy odebrani i ruszyliśmy w kierunku tadżyckiej granicy. To około 100 km – dalej trzeba przejść przez kontrolę graniczną, a następnie znaleźć kolejnego taksówkarza po drugiej stronie.

    Podczas podróży z Taszkientu pojawiły się pierwsze zgrzyty – nasz kierowca stwierdził, że chce dodatkowe 10 dolarów, bo rzekomo nakruszyliśmy mu w samochodzie i będzie musiał zapłacić za „sprzątanie”. Postawiliśmy się, ale do rękoczynów nie doszło – ostatecznie stanęło na 5 dolarach. W sumie i tak nic mu się nie należało.


Po stronie tadżyckiej

    Natychmiast zostaliśmy otoczeni przez kilkunastu taksówkarzy. Każdy podawał inną cenę, ale wszystkie oscylowały wokół 50 dolarów (za około 60 km drogi, a było nas sześciu). Jakimś cudem znaleźliśmy jednak takiego, który zgodził się zawieźć nas za 20.

W Chodżencie od razu ruszyliśmy na miasto.

    Islam z radzieckim sznytem, bardziej ucywilizowany. Kobiety w hijabach czy mężczyźni w muzułmańskich strojach są częstym widokiem, wszyscy uprzejmi, zadają pytania, chętni do pomocy. Mimo to jednak daje się zauważyć, że jesteśmy w islamskim kraju – schabowego tu nie zjemy, z kuflem świeżego też dość ciężko, aczkolwiek dla chcącego nic trudnego.

    Mieliśmy lekki problem z wypłatą pieniędzy z bankomatu, bo większość obsługuje tylko karty Visa – jak się okazało, tylko w tym mieście, bo później nie było problemów.

    Przeszliśmy spory kawałek miasta i ciężko było znaleźć jakąkolwiek knajpę, gdzie można by coś zjeść albo wypić piwo. Jak się jednak później okazało, z tym nie było problemu – była bardzo blisko, i to nie jedna.

    Obie strony rzeki łączy kolejka linowa, którą można się przejechać za bardzo niewielkie pieniądze. Widoki są naprawdę fantastyczne, więc ta opcja jest godna polecenia.


Naszym planem na następny dzień był pomnik Lenina w Istarawszanie.

    Podobno to największe popiersie tego bandyty na świecie. Dojechaliśmy z tym samym taksówkarzem, który dowiózł nas dzień wcześniej – Istarawszan jest ok. 60 km od Chodżentu.

    Do pomnika wiedzie jakieś 200 schodów, na oko 40 m w górę. Po wejściu – wspaniały widok na góry i sztuczny zbiornik Kattasoyskoye. Niektórzy wspinają się na pomnik, ale my nie próbowaliśmy tego – trochę za ślisko.


Nocleg na odludziu

    Mieliśmy zaplanowany około 100 km na południe. Wiedzieliśmy w przybliżeniu, że chcemy przenocować w okolicach wioski Ayni. Kierowca nas wysadził i odjechał. Jak się okazało, okoliczny gościniec był pełny, ale skierowano nas do następnego i tam akurat były wolne miejsca. Dobrze, bo nie wiadomo, gdzie mielibyśmy szukać następnego – internet nie działał, a następna cywilizacja była oddalona o dobre parę kilometrów. Pył i kurz wszędzie, naprawdę ciężko było oddychać.

    Wieczór wykorzystaliśmy na szlajanie się po wiosce, smakowaniu lokalnych specjałów – z podkreśleniem butelkowanych. Wracając, przybiliśmy piątkę z policjantem zatrzymującym samochody na drodze; zainteresował się przechodzącymi obcokrajowcami, zapytał, jak nam się podoba, i wywiązała się dyskusja… Chciał nawet mnie podwieźć do sklepu, bo planowaliśmy zrobić zakupy – a ja głupi (przezorny) odmówiłem! Następnego razu nie będzie!


Iskander Kul

    Poprzedniego dnia domówiliśmy cenę i kierowcę na następny dzień.

    Zdziwiliśmy się, bo rano przyszedł do naszego pokoju facet w muzułmańskim stroju i oznajmił, że jest taksówkarzem, że przyjechał, bo go zamawialiśmy. Z gadki jednak wyszło, że to zupełnie inny taksówkarz – po prostu zwietrzył interes, dowiedział się, gdzie mieszkamy, i liczył, że mu się uda.

    Na szczęście przyjechał też ten, którego zamawialiśmy. Półtorej godziny drogi, następnie około 30 km bezdrożem i dojechaliśmy nad jezioro Iskander Kul. Położone na wysokości około 2700 metrów, z pięknym widokiem na góry i lodowce. Nad brzegiem knajpa. No jest się czym zachwycać.

    Pływać można tylko w jednym wyznaczonym miejscu. Schłodziliśmy piwo i skorzystaliśmy z jeziora. Woda bardzo zimna, jak przystało na tę wysokość, więc kąpiel nie trwała długo. Ale jezioro zaliczone.

    Po wyjeździe zrobiliśmy krótki postój na zakupy w niewielkiej wiosce, gdzie niemal od razu otoczyła nas gromadka dzieci. Na widok turystów zaczęły z entuzjazmem wołać „hello!”. Próbowaliśmy nawiązać rozmowę po angielsku, ale szybko wyjaśniły nam, że z obcych języków znają tylko rosyjski. Na szczęście coś tam potrafimy – i w tym języku jakoś się dogadaliśmy.

    W ogóle, zwłaszcza na wsiach, dzieci jest tam naprawdę dużo i mam wrażenie, że nikt ich nie pilnuje. Sprawiają wrażenie, jakby ich rodzice nie zaprzątali sobie głowy kalkulacjami, czy „starczy do pierwszego” – po prostu żyją, tu i teraz.

Duszanbe

    I w taki oto sposób, po następnych 2 godzinach dotarliśmy do Duszanbe, a właściwie jego przedmieść, bo kierowca nie mógł dalej jechać. Wzięliśmy autobus.

    Pierwsze co nas uderzyło, to powszechna elektryfikacja – zdecydowana większość autobusów i samochodów to elektryki. Zielone miasto…

Po przejechaniu około 10 km autobusem, przejściu kolejnych trzech w ponad 30-stopniowym upale, wylądowaliśmy… w irlandzkim pubie. Tadżyckie piwo Sim-Sim od razu mi nie podeszło, ale nie chwaliłem się tym zbytnio. Podobnie jak i samo miasto, Duszanbe. Niby jest plac, są parki, ogólnie ładnie, ale jakoś, jakby na przekór, nie ma w tym wszystkim duszy. Zwyczajne miasto, jak każde inne, trochę sowieckiej architektury, najsłynniejszy park Rudaki (tadżycki poeta), dość sporo knajp, niestety dość drogich.


Chorog – następnym razem

    Według pierwotnego planu naszej wycieczki, następnym etapem miał być Chorog – miasto przy granicy z Afganistanem, gdzie w pewne dni można pójść na bazar i przejść się na chwilę do Afganistanu. Prosta kalkulacja na mapach Google mówiła, że z Duszanbe to około 500 km.

    Niby mało, ale jak się okazało, podróż może zająć około 24 godziny po naprawdę ekstremalnych drogach, niekiedy 3–4 km w górę. Czyli, pomijając potworne zmęczenie, zajęłoby to ponad 4 dni. Niestety, od ponad dwóch lat nie ma połączenia lotniczego, przynajmniej nic na ten temat nie znalazłem w internecie.

    Zatem, z przykrością zrezygnowaliśmy z tego i w zamian planowaliśmy pojechać pociągiem na południe do Kulobu.


Kulob i zapora Nurek

    Po powrocie z Kulobu chcieliśmy skierować się na zaporę Nurek, odpocząć jeden dzień i ruszyć dalej. Niestety, wyszły nici i z jednego, i z drugiego – pociąg do Kulobu, jak się okazało, jeździ tylko w niektóre dni tygodnia o godz. 10, a my zjawiśmy się około 13.

    Jakiś lokals pocieszył nas, że rozkład, który wisi, jest nieaktualny i że mamy pociąg o 17. Na chwilę uwierzyliśmy, jednak okazało się to nieprawdą. Zatem, zdecydowaliśmy, że następnego dnia szukamy taksówki i jedziemy bezpośrednio do Pandżakentu, gdzie spędzimy kolejne trzy dni. To ponad 200 km na północ.

    Następnego dnia – po negocjacjach – dogadaliśmy się z kierowcą. 130 dolarów na 6 osób.


Tunel śmierci i Pandżakent

Po drodze, po raz drugi niesławny, 5-kilometrowy tunel śmierci – niedokończony (chociaż podobno poprawiony, trudno to potwierdzić), bez wentylacji, często pełen wody, bez oświetlenia, nieotynkowany, z wystającymi skałami.

    I wszędzie piękne, górskie widoki. Lodowce na wyciągnięcie ręki, które – mimo temperatury ponad 30 stopni – dalej są.

    

Pandżakent

    Pierwszy dzień wykorzystaliśmy na spokojne rozeznanie w okolicy. Na początek – ruiny starożytnego Pandżakentu. Miasto zostało opuszczone w VII wieku, po najazdach arabskich. Dziś to tylko ziemne kopce i fragmenty dawnych murów, ale dla archeologów to jedno z ważniejszych stanowisk na trasie Jedwabnego Szlaku.

    Żeby się tam dostać, trzeba wspiąć się około 20 metrów pod górę – krótka, lekko stroma ścieżka. Na górze czeka panorama miasta i sporo przestrzeni do wyobrażania sobie, jak to wszystko mogło wyglądać kiedyś.

    Sam Pandżakent tętni życiem – pełno ludzi, straganów, sklepików. Na miejscowym bazarze można kupić praktycznie wszystko. Przeszliśmy główną ulicą, aż dotarliśmy nad rzekę. Po drodze zaliczyliśmy dziesiątki „hello!” od ciekawskich dzieciaków.

    Zatrzymaliśmy się na obiad w knajpie przy drodze, z dość „tubylczym” klimatem – prosto, lokalnie, ale smacznie. Szaszłyk, zimne piwo i można było ruszać dalej.

    Przeszliśmy pieszo przez stary, mocno zużyty most na drugą stronę rzeki. Droga to deski, często brakujące lub powyginane o nieokreślonej grubości. Konstrukcja wygląda na mocno zużytą. Jak się później dowiedzieliśmy, most ten zbudowano zaledwie 30 lat temu.

    Upał – na oko z 35 stopni. Po drodze ktoś mył w stawie samochód, uprawy ryżu. Wioska, do której trafiliśmy, leży praktycznie na pustynnym terenie. Na polach widać wypalanie glinianych cegieł – prawdopodobnie to z nich zbudowane są wszystkie lokalne domy. Trudno sobie wyobrazić życie w takich warunkach – ja bym tam nie chciał mieszkać.

    Zaskoczenie dnia: w jednym z domów znajdował się prowizoryczny sklepo-bar. Dowiedzieliśmy się o nim od tubylców niemal od razu po wejściu do wioski – wieść szybko się rozchodzi.

    W drodze powrotnej czekaliśmy na marszrutkę. Na przystanku siedziały wystrojone miejscowe dziewczyny – po chwili ustąpiły nam miejsca. Trochę z zakłopotaniem, ale skorzystaliśmy. Podczas jazdy powrotnej znowu byliśmy lokalną atrakcją.

Siedem Jezior

Siedem Jezior (Haft Kul) to malowniczy górski region położony niedaleko Pandżakentu w Tadżykistanie. Każde z jezior ma inny odcień wody – od turkusowego po ciemnoniebieski – co czyni je unikalną atrakcją przyrodniczą. Trasa między jeziorami prowadzi przez wioski i górskie doliny, oferując spektakularne widoki i kontakt z lokalną kulturą.

Żeby tam dojechać, zamówiliśmy wycieczkę z lokalnym kierowcą. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie aż tak hardkorowo. Po paru kilometrach dość fajnej autostrady zjechaliśmy z drogi i się zaczęło. Drogi praktycznie nie było, a nasz 4×4 wjeżdżał coraz wyżej i wyżej, a od przepaści oddzielało nas często może 15–20 cm. Naprawdę niezłe przeżycie, zwłaszcza gdy samochód nagle zaczyna skręcać i jednocześnie ostro wjeżdżać pod górę, a z prawej strony 100-metrowa przepaść, od której dzieli nas kilkucentymetrowy kawałek czegoś, co spełnia funkcję drogi.

W pewnym momencie trakt całkowicie się skończył na odcinku ok. 50 metrów. Nasza terenówka przejechała bez problemu, ale drugi z samochodów, którym jechaliśmy, nie dał sobie rady i musiał zostać. Jak się okazało, kierowcy byli na to przygotowani – wzięliśmy pozostałą część naszej ekipy na pakę z tyłu. Nawet dywanik był 🙂

Po dojechaniu do ostatniego jeziora mieliśmy ponad godzinę, żeby przejść się i wykąpać. Woda była jeszcze zimniejsza niż w Iskander Kul, ale przez parę sekund daliśmy radę. Jezioro zaliczone.


Przejście graniczne Tadżykistan – Uzbekistan

Ponownie musieliśmy wrócić do Uzbekistanu. Z Pandżakentu to około 30 minut drogi.

Kontrola na granicy jest kilkuetapowa i od strony tadżyckiej stanowi o wiele większe wyzwanie niż w drugą stronę. Wszystko odbywa się w palącym, 40-stopniowym upale. Najpierw okazanie paszportu i wejście na teren graniczny, później przejście ok. 100 metrów i kolejne okazanie paszportu.

Następnie kolejka po pieczątkę. Problem w tym, że żeby wejść do budynku, trzeba sporo poczekać na zewnątrz. Trzeba sporo poczekać, bo – jak się po pewnym czasie zorientowaliśmy – kolejka nie ubywa, gdyż lokalsi wpychają się ze wszystkich stron. Było nas sześciu, więc zmieniliśmy taktykę i zrobiliśmy „mur”. Mimo to i tak próbowali. Kolejka nadal nie zmniejszała się zbytnio. Zorientowaliśmy się, że po tym, jak zrobiliśmy zaporę, zaczęli próbować wepchnąć się drugimi drzwiami.

Po prawie godzinie stania nerwy zaczęły puszczać – poszły bluzgi, jednak bez żadnego odzewu, jakbyśmy nic nie mówili. W końcu weszliśmy do budynku, ale i tu wolna amerykanka. Generalnie trzeba zapomnieć o europejskich manierach i – tak jak oni – przepychać się rękami i nogami. Dopóki mocno nie przesadzimy, nikt nie zwróci na to uwagi.

Udało się – pieczątka. Następnie znowu trzeba przejść około 200 metrów, pokazać paszport kolejny raz i już jesteśmy w Uzbekistanie.

Do Samarkandy dojechaliśmy azjatycką wersją busika – małego, bardzo wąskiego, dość wysokiego. Na bank u nas nie zdałby testu łosia. Nie wierzyłem, że wejdziemy tam w sześciu z ogromnymi plecakami – a jednak. Dwóch podróżowało bez oparcia, może dlatego było więcej miejsca? Kierowcy bardzo się spieszyło, więc mieliśmy dodatkowe emocje.


Samarkanda

40-stopniowy upał. Po przejściu paru metrów mieliśmy dość. Na dodatek, w naszej okolicy nie było źdźbła trawy – dominował beton i płyty chodnikowe, które powodowały, że było jeszcze goręcej. O wiele lepiej było w historycznym centrum miasta, gdzie było sporo zieleni i nie żałowano wody do podlewania.

Odwiedziliśmy grobowiec Tamerlana, Plac Registan. Tam też zaopatrzyliśmy się w pamiątki. Jako turyści z Polski dostaliśmy bardzo spore, 50% zniżki – pewnie chwyt marketingowy, ale i tak miło. Ogólnie ceny, jak dla nas, dość przystępne.

W Samarkandzie mieszkaliśmy u emerytowanego pułkownika milicji. Facet nie robił z niczym problemu, a dodatkowo dał nam parę fajnych tipów, gdzie iść czy co zobaczyć. Jednym z nich była „piwna ulica”.

Generalnie piwo w Uzbekistanie było trochę lepsze od tadżyckiego, jednak mimo wszystko daleko odbiega od naszych standardów. Stąd byliśmy bardzo zdziwieni, gdy na tej pustyni wkroczyliśmy do miejsca, gdzie można było zasmakować całej gamy kraftowych produktów za przyzwoite ceny. Oprócz tego – cała masa pubów.

Nasz gospodarz zobowiązał się, że zamówi nam taksówki (Yandex Go z jakiegoś powodu nam nie działał). Czekaliśmy na niego dość długo, aż w końcu się pojawił – przyjechał samochodem. Grzecznie poinformował nas, że już pił, ale taksówki zamówi. Wywiązała się ciekawa rozmowa, ponad 30 minut. Nie wyglądało, żeby nam coś miał zamówić – jakby zapomniał.

Mieliśmy dość sporo czasu na pociąg, ale woleliśmy być wcześniej, żeby zrobić zakupy. W końcu, prawie w ostatniej chwili, zamówił taksówkę. Przyjechał nasz samochód, a reszta ekipy miała poczekać na drugą. Jak się później okazało, były problemy z zamówieniem kolejnej, i gospodarz zaoferował się, że ich podrzuci! Na szczęście do tego nie doszło – przyjechała, i po jakimś czasie spotkaliśmy się przy dworcu.

Idąc do sklepu koło dworca, mijaliśmy jadących chodnikiem jeźdźców na koniach. Nikogo to nie dziwiło – poza nami oczywiście. Powiedzieliśmy, skąd jesteśmy, przybiliśmy parę piątek. „Hello, hello!”. Następnie 12 godzin sypialnym do Andiżanu. Nocne rozmowy i zakupy w wagonie restauracyjnym. Poranne zderzenie z Andiżanem.


Andiżan

W sumie chyba najmniej ciekawe miasto, znane głównie z masakry w 2004 roku.

Nasza opinia o tym miejscu jest z pewnością trochę zniekształcona pierwszym dniem pobytu, kiedy desperacko próbowaliśmy znaleźć jakieś miejsce, gdzie można coś porządnego zjeść. Pech chciał, że skierowano nas w kompletnie zły kierunek. Pachniało rebelią – wiadomo, sześciu głodnych to nie to samo co sześciu podchmielonych. Koniec końców wylądowaliśmy w jakiejś tureckiej restauracji.

Jeszcze tego samego, pierwszego dnia okazało się, że tuż koło nas jest całkiem spory bazar, mnóstwo sklepów i kilka restauracji. Jedna tuż pod nosem – ogromna, z potężnym wyborem jedzenia!

Restauracje, gdzie serwują piwo, zasłonięte czarną folią, tak że czasem ciężko się połapać. Generalnie parszywe, podobnie jak i piwo. Z konieczności należy jednak odnotować ten fakt.

Ciekawa rzecz – do piwa wszędzie podawano nam kurut. Kurut to dość twardy, sfermentowany jogurt o słonym smaku. Dużo się nasłuchałem o tym przysmaku – w większości, że dla turystów z zagranicy działa mocno przeczyszczająco i że niektórzy muszą przesuwać z tego powodu termin powrotu o parę dni do przodu. Nie jadłem, lecz kupiłem sporo zapakowanego kurutu do domu, żeby się przekonać.

Okazało się, że żadnych sensacji żołądkowych nie było, a na dodatek smak był całkiem OK, chociaż według mnie – to się nie nadaje do piwa. Może trzeba po prostu kupować kurut oryginalnie zapakowany, ze sklepu?


Andiżan – Taszkient

Sześć godzin pociągiem. Wagony stoją na peronie w 40-stopniowym upale. Żadnej klimatyzacji – ta włączana jest dopiero po odjeździe. Jak się wkrótce okazało – nawet włączona niewiele działała.

Sytuacja poprawiła się dopiero po około trzech godzinach jazdy, kiedy na zewnątrz było więcej cienia. Za oknem jedne z piękniejszych widoków, a my siedzimy i gramy w karty. Absolutnie księżycowy krajobraz – miejsca, gdzie zdrowy rozsądek mówi, że żadnego obywatela tam nie spotkamy. Jednak są ludzie, a nawet przyjeżdżają turyści.

Jedno z ciekawszych miejsc to wioska Chodak, położona na wysokości około 2000 metrów n.p.m. Wokół – idealne miejsca na piesze wycieczki i wspinaczkę.


Taszkient

Szczerze mówiąc, mało widziałem to miasto. Mieliśmy problem z hotelem – zjawiliśmy się około 10, a pobyt można było zacząć dopiero po 14. Demoralizowała nas perspektywa spędzenia następnych czterech godzin w upale, z ogromnymi plecakami.

W Uzbekistanie nie kupowaliśmy już karty SIM, więc nie mieliśmy internetu, nie wiedzieliśmy, gdzie są jakieś hotele. Sprawa wydawała się beznadziejna, jednak przechodzący ludzie zainteresowali się, pomogli, zadzwonili do znajomych, zaprowadzili nas do innego hotelu, gdzie było Wi-Fi, i udało nam się skontaktować z właścicielami naszego hotelu. Właściciele przyjechali wcześniej – sprawa się rozwiązała.

Jako że generalnie trzymaliśmy się planu wycieczki, odwiedziliśmy naszego kumpla, który rozkręca browar w Taszkiencie. Spędziliśmy sporo czasu wśród błyszczących kociołków i sterowanych komputerem wynalazków do transformacji chmielu. Prawie jak na stacji kosmicznej – chociaż grawitacja dodatnia, przynajmniej do pewnego momentu…

Ostatni dzień. Było warto, było super.

Marzec 2025 Mołdawia i Naddniestrze

Krótki, czterodniowy, ale treściwy wypad.

Na czas naszego pobytu w Tyraspolu wybraliśmy hostel Like Home. Przybytek ten jest dosć klimatyczny, znany wśród youtuberów. Część naszej ekipy miała okazję być tam wcześniej, więc właściciel nas znał i dokonaliśmy rezerwacji bezpośrednio u niego przez internetowy komunikator. Dosyć ciepło wspominał naszą poprzednią wizytę, na tyle ciepło, że – chociaż nie było tym razem dane nam go spotkać – zostawił prezent w postaci 5 litrów wina z własnej piwnicy. Może i dobrze, że go nie spotkaliśmy… Wino wypiliśmy.

Hostel jest przygotowany pod turystów, specyficznych turystów. Bo kto normalny jedzie do Naddniestrza, państwa, którego nie ma na mapie? Którego nikt, poza Abchazją, Osetią Południową, Republiką Górskiego Karabachu i Somalilandem, nie uznaje?

Charakter tej noclegowni silnie nawiązuje do lokalnych tradycji i powiązań z Rosją. Na każdym kroku widoczne są relikty socjalizmu – przed wejściem stoi sporych rozmiarów popiersie Lenina w złocie. Można go poklepać po łysinie – i wtedy można się przekonać, że jednak wnętrze Lenina jest puste. A wracając do hostelu, wewnątrz ściany zdobią flagi i symbole przypominające przeszły, komunistyczny raj.

Poza tym, to hostel jak każdy inny. Sprawami administracyjnymi zajmuje się Francuz, który zna kilka słów po rosyjsku i niewiele więcej po angielsku. Co jakis czas otwiera szafke z napisem “private” i dolewa sobie wina.

Kolejnego dnia, po powrocie z miasta, zapytaliśmy go, co tak naprawdę Francuz robi w Naddniestrzu? Odparł, że wyjechał ze swojej ojczyzny, bo nie mógł znieść kulturowych zmian, jakie tam zachodzą, a dokładniej masowego importu muzułmanów. Od trzech lat mieszka w Naddniestrzu, bo nie chce doświadczać tego upadku.

Wśród innych gości spotkaliśmy niewidomego Anglika. Facet jeździ po świecie i był już w około 120 krajach, ma swój kanał na YouTube, pisze książki, jednym słowem kontynuuje angielskie tradycje – wszak to James Holman był pierwszym na świecie niewidomym podróżnikiem.

Oprócz tego była para z Holandii, podróżująca wynajętym samochodem. Wynajem samochodu jest wygodną opcją, można dojechać w wiele miejsc, do których normalnie nie ma dostępu. Czasem korzystam z tej opcji. Jednak samochód jest też zobowiązaniem, nieznośna smyczą, która nam ciągle o sobie przypomina. Podczas podróży wolę nie być ograniczany w ten sposób.

Tak więc, wracając do naszego hostelu, na brak klienteli “Like home” nie narzeka.

Przed przyjazdem czytałem wiele opinii o Naddniestrzu. A to, że policja wszystko widzi, a to, że jest to europejska Korea Północna itp. Jak się okazało, nie jest wcale tak zamordystycznie, nikt nas nie śledził, nie musieliśmy płacić łapówek, nie zamknęli nas w pierdlu. Byliśmy w miejscach, które można uznać za ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa zamordystycznego państwa, jak np. elektrownia, a jednak nie było żadnego problemu. Poruszaliśmy się w większej grupie, widzieliśmy policjantów, oni widzieli nas i nie zostaliśmy zatrzymani. Chociaż, kto wie, może mieliśmy szczęście?

Kolejna sprawa to płatności. Kartą można płacić, pod warunkiem, że jest to karta MIR, czy jakaś tam inna, lokalna. My takowych oczywiście nie posiadaliśmy, więc zostaliśmy jedynie z gotówką w kieszeni. Z wymianą tejże gotówki nie ma problemu, ale trzeba ją mieć. Dolary, Euro, z funtami gorzej. Warto planować szaleństwa, mając to na uwadze.

Słynne plastikowe monety to już przeżytek, nikt nimi nie placi i można dostać je jako rarytas kolekcjonerski w bankach, ksiegarniach lub po prostu z wystawy w np knajpie.

Dniestrowsk – miasto elektrowni

Głównym celem naszej wyprawy był Dniestrowsk, miasto, które leży około 40 km na południe od Tyraspola. Podróż marszrutką zajmuje około godziny, a bilety można kupić w Tyraspolu na przystanku. Przed wejściem na drzwiach znajduje się plakietka informująca o zakazie wchodzenia z bronią. Prawie jak w Stanach.

Elektrownia Mołdawska GRES. To właśnie ona zaopatruje około 300-tysięczne obecnie Naddniestrze, ale i Mołdawię. Może działać zarówno na gaz, jak i węgiel. To drugie okazało się kluczowe na początku roku, gdy Ukraina zakręciła kurek z rosyjskim gazem i zwrotnice przestawiono na węgiel, którego miało starczyć na około 60 dni. Na szczęście prąd i ciepła woda w czasie, kiedy my byliśmy, były, więc wszystko działało normalnie.

W Dniestrowsku naszym głównym celem był wyglądający na opuszczony ośrodek wypoczynkowy dla pracowników elektrowni, położony nad zalewem dniestrowskim. Podobno woda w tym zalewie, z uwagi na chemikalia, ma odcień turkusowy, jednak ciężko było to stwierdzić. Uwagę zwracają setki, a może i tysiące metalowych pali podtrzymujących prowizoryczne podesty z blachy, na których stoją setki zaimprowizowanych, plastikowych domków. Większość zamknięta na kłódki, ale widać instalacje elektryczne, anteny telewizyjne, a nawet doprowadzoną wodę. Pewnie można je wynająć w sezonie, ale pod koniec marca wszystko wyglądało na wymarłe i przygnębiające.

Chodziliśmy więc po tym altanistanie, wpatrując się w znajdującą się na przeciwległym brzegu Ukrainę. Wszystko wygląda spokojnie. Kiedy w końcu będzie można pojechać tam tak, jak kiedyś, bez stresu, bez ryzyka brania udziału w urywaniu kończyn pociskami artyleryjskimi? Kiedy będzie można zrobić grilla na dworcu w Hajworonie, chodzić na drugą stronę po “produkty”, kiedy zabraknie?

W Dniestrowsku, przy wejściu do tego specyficznego kurortu, znajduje się prawdziwa stróżówka z najprawdziwszym strażnikiem. Nie wiem, czego ten pilnuje, bo kompletnie nie zwrócił na nas uwagi, kiedy przechodziliśmy przez bramę. Może potrzebował trochę czasu, żeby dojść do siebie po tym, jak zobaczył tam zagranicznych turystów?

Na zakończenie naszej kurtuazyjnej wizyty, kilka zdjęć przy wielkim betonowym pomniku z logo elektrowni. Nikt nas nie zatrzymał, policji nie widzieliśmy. A może KGB znało nas, zanim przyjechaliśmy?

Podróż i lokalne “prawa rynku”

Podróż z Tyraspola do Dniestrowska zajmuje około godzinę i kosztuje 30 naddniestrzańskich rubli. W drodze powrotnej postanowiliśmy kupić bilety w kasie i wsiąść do marszrutki “jak ludzie”. Jednak kasjerki i kierowca poinformowali nas, że lepiej przejść 50 metrów dalej – tam autobus się zatrzyma, nie dość, że nas zabierze, to jeszcze zapłacimy mniej. Kuszące to było, więc postanowilismy skorzystać.

Wszystko działo się na oczach lokalnej milicji, ale najwyraźniej rynek rządzi się tu własnymi prawami. Milicjant dostanie swoją dole, swoje weźmie kierowca i kasjerki. Wszystko dziala

Tyraspol

Chyba jedną z głównych atrakcji jest Pomnik Chwały Wojennej z czołgiem T-34 z napisem “Za Rodinu” na cokole. Na placu pochowani są żołnierze polegli podczas jakiejś walki o wyzwolenie tamtejszych okolic. Nie wiedzieliśmy o tym a toalety w pobliżu nie było.. Czołg trzeba przyznać fajny, ciekawe czy da się go uruchomić. Na Węgrzech udało się odpalić czołg z pomnika po 60 latach. Ale do tego potrzeba odpowiednich umiejętności, najlepiej weterana.

Kulinaria

Kuchnia nie odbiega specjalnie od tego, co można znaleźć w innych postsowieckich krajach. Są restauracje (stołowaja), sieciówka “Back in USSR”, gdzie, oprócz innych rzeczy, można zjeść sowieckiego burgera. Jako że rzucaliśmy się w oczy, zostaliśmy zagadnięci przez dwóch starszych jegomości, z których jeden powiedział, że był kiedyś z wojskiem w Polsce. Nie wyglądał na mocno starego, więc raczej musiało to być za komuny. Ten drugi spojrzał na nas obelżywie i wygarnął, że nasz kraj nie okazuje wdzięczności Rosji za wyzwolenie od Niemców w czasie wojny. Nie wchodziliśmy w dyskusje o pakcie Ribbentrop-Mołotow, gwałtach czy o tym, że żyliśmy w komuszej budzie przez prawie 50 lat, a dawni komuniści czy ich potomkowie dalej mają realny wpływ na to, co się u nas dzieje. Bo i po co?

Wracając do kulinariów, jest pilaw, czeburaki, pielmieni. Plus knajpy z pizzą i sushi. Dla każdego coś dobrego.

Restauracja, którą warto odwiedzić, zwłaszcza ze względu na charakterystyczny, radziecki klimat, jest “Stolovka CCCP”. Mieści się w piwnicy wypełnionej setkami reliktów z epoki. Są popiersia Stalina, Lenina, gobeliny z nazwami organizacji komunistycznych, zdjęcia przywódców, jest nawet metalowa replika czołgu. Mają tam całkiem dobre jedzenie, natomiast ceny nie należą do najniższych. No i, tak samo jak wszędzie indziej, nie można płacić kartą.

Co do napojów, lokalne piwo nie zachwyca. Nie wiem, na ile ta informacja jest jeszcze aktualna, ale podobno jest ono dobre od poniedziałku do środy, my byliśmy od czwartku do soboty. Jest sporo piwa sprzedawanego w siermiężnych, 2 lub prawie 2,5-litrowych plastikowych butelkach. Jest to, trzeba przyznać, dość praktyczne. Podobne widziałem w Czechach.

No i Kvint, lokalny koniak, który jest swoistym symbolem Naddniestrza. Jako nieistniejący kraj, Naddniestrze nie może go eksportować, więc jest transportowany do Mołdawii, gdzie nakleja się mołdawskie znaki akcyzy i eksportuje w świat, gdzie cena skacze kilkadziesiąt razy. Można go również kupić na lotnisku w Kiszyniowie za około 10 euro, co – mimo że znacznie drożej niż w Tyraspolu – wciąż jest atrakcyjnie. Biznes i lokalne koneksje nie kierują się patriotycznymi hasłami, to jest dobre na czas wyborów. Takich połączeń biznesowo-korupcyjno-politycznych jest w Naddniestrzu znacznie więcej. I to jest też powodem, dla którego nikomu nie zależy specjalnie, żeby włączyć Naddniestrze do Mołdawii. Ani Mołdawianom, ani nawet Rosja nie garnie się specjalnie, żeby wciągnąć go jako swój odległy przyczółek.

Wietnam, listopad 2024

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Sajgon (Ho Chi Minh)
    2. Can Tho
    3. Da Nang
    4. Ba Na hills
    5. Marble hills
    6. Hanoi
      1. Wrak B-52 w jeziorze
      2. Train Street
    7. Cat Ba I Zatoka Ha Long
  2. 3. Logistyka
  3. 4. Noclegi
  4. 5. Kuchnia i napoje
    1. Dziwne przysmaki
    2. Kawa w Wietnamie
    3. Piwo, wino i inne
    4. Różnice między Sajgonem a Hanoi
  5. 6. Porady praktyczne
  6. 7. Podsumowanie

Nie byliśmy jeszcze tak daleko w Azji – wcześniej odwiedziliśmy tylko dawne republiki radzieckie, jak Kirgistan, Kazachstan czy Azerbejdżan. Wietnam wydawał się interesującym kierunkiem, zwłaszcza po tym, jak słyszeliśmy, że kraj ten potrafi zaskoczyć i może równać się z Japonią pod względem atrakcyjności.

Bilety kupiliśmy 8 miesięcy wcześniej, wybierając opcję multicity – lot do Sajgonu i powrót z Hanoi. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić Wietnam od południa do północy, unikając powrotu tą samą trasą.

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Sajgon – Cat Ba – Sajgon – Da Nang – Hanoi -Cat Ba – Hanoi – Ninh Binh – Sajgon

Sajgon (Ho Chi Minh)

Spędziliśmy tu pierwszy dzień po przylocie wieczorem a także następny. Adrenalina nie Pozwoliła tak po prostu pójść spać i musieliśmy wychodzić swoje po mieście.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zgiełk i tysięce skuterów jadących bez względu na jakąkolwiek sygnalizację uliczną, co sprawia, że przejście przez ulicę może być nie lada wyzwaniem. Teoretycznie, żeby przejść na drugą stronę ulicy, nie wolno się zatrzymywać ani cofać – kierowcy skuterów obliczają drogę i dopasowują tor jazdy tak, aby uniknąć kolizji. W praktyce jest to bardziej skomplikowane, przejście przez jezdnię przypomina walkę o przeżycie.

Skutery w Sajgonie I ogolnie w Wietnamie to nie tylko indywidualny środek transportu, lecz można je zamówić je jako taksówkę poprzez aplikację. Za ich pomocą przewożone są także różne, czasem najbardziej dziwaczne towary, czy zwierzęta. Widzieliśmy jak ktoś przewoził skuterem lodówkę, czy półtorametrową choinkę.

Oprócz tego, tętniące życiem ulice pełne sprzedawców różnorakiej tandety, setki rowerowych budek z jedzeniem, maleńkie knajpki z mikro siedzeniami i stolikami, uliczni golibrodzi męsko damscy, oraz spece od wszelkiej maści elektroniki, uzbrojeni w młotki i sekatory. Można by wymieniać bez końca.

Can Tho

Can Tho to czwarte pod względem wielkości miasto Wietnamu, położone w delcie Mekongu. Jest stolicą prowincji Can Tho i ważnym centrum handlowym oraz transportowym regionu. Miasto jest znane z pływających targów, szczególnie Cai Rang, oraz kanałów, które stanowią główny sposób transportu w tym obszarze. W Can Tho znajduje się również kilka zabytków, jak pagody i mosty, a także University of Can Tho, jedna z większych uczelni w regionie. To popularne miejsce turystyczne, zwłaszcza dla osób odwiedzających deltę Mekongu.

Da Nang

Da Nang sprawia wrażenie miejsca mocno turystycznego w bardziej europejskim sensie, z pięknymi plażami i ogromnymi hotelami. To jednak tylko pozory, bowiem wystarczy przejść się trochę dalej ulicami, żeby przekonać się, że tak naprawdę to wciąż Wietnam, gdzie kwitnie uliczne życie i większość rzeczy to piękna prowizorka.

Ba Na hills

Jednym z miejsc, które warto odwiedzić, jest Ba Na Hills i Golden Bridge. Zamiast podróżować we własnym zakresie, zdecydowaliśmy się na kupno jednodniowej wycieczki. Niestety, pogoda wypięła się na nas okrutnie tym razem. Już, kiedy jechaliśmy na górę kolejką linową, widoczność wynosiła jakieś 20 metrów i na takim poziomie utrzymywała się przez cały dzień. Dodatkowo, co jakiś czas padał naprawdę porządny, z silą wodospadu deszcz.

Także, planując zwiedzanie Da Nang i okolic, koniecznie trzeba wziąć pod uwagę aktualne warunki pogodowe (panuje tu bowiem pora deszczowa – całkowicie odmiennie, niż na północy kraju, gdzie średnia temperatura to ok. 29-30 stopni i całodzienne słońce). Inaczej zamiast slynnych rąk podpierających most zobaczymy nędzne kikuty skąpane w paskudnej mgle.

Marble hills

Miejsce to wybraliśmy do zwiedzenia na ostatni dzień naszego pobytu w Da Nang. Powodem był czas, który nam pozostal do odjazdu pociągu -miejsce to jest oddalone o około 30 minut drogi od miasta a zwiedzenie zajmuje około 2-30 godziny. Jeżeli jednak w zapasie jest trochę wiecej czasu, warto pomyśleć o zwiedzeniu Hội An. to historyczne miasto w środkowym Wietnamie, znane z dobrze zachowanego starego miasta, wpisanego na listę UNESCO. Słynie z kolonialnej architektury, japońskiego mostu oraz pięknych plaż. Jest popularnym miejscem do zakupów, zwłaszcza ręcznie szytych ubrań.

Hanoi

Skutery i motorynki w ogromnej liczbie, hałas, chaos, brak zasad. Chyba tylko Budda kieruje tym ruchem bo nam w żaden sposób nie udało się doświadczyć zrozumienia reguł rządzących tym szaleństwem. Nawet zielone światło nie gwarantuje bezpiecznego przejścia przez ulicę. Po kilku minutach spaceru w takich warunkach stan osoby której udało się kilka razy przejść na drugą stronę ulicy można porównać do agonii.

Miejsca warte odwiedzenia:

Wrak B-52 w jeziorze

Wrak zestrzelonej podczas wojny superfortecy B-52w jednym z jezior to niezwykłe świadectwo historii. Warto zajrzeć także do pobliskiej knajpki o nazwie „B-52”. Co ciekawe, w pokoiku obok toalety wiszą archiwalne zdjęcia z przechwycenia załogi – rzecz warta uwagi, bo niewiele na ten temat można znaleźć w internecie (szczególnie losy załogi samolotu, bo 47 nie zrzuconych bomb zostało wyciągnięte z wraku i zapewne odpowiednio użyte).

Train Street

Słynna Train Street w Hanoi to wąska uliczka w dzielnicy Old Quarter, przez którą regularnie przejeżdżają pociągi, dosłownie kilka centymetrów od budynków i mieszkań. Uliczka stała się popularną atrakcją turystyczną, dzięki niepowtarzalnej atmosferze – tory biegną między domami.

Turystów przyciągają także liczne kawiarnie i bary, skąd można w pewnym sensie bezpiecznie obserwować przejeżdżające pociągi.

Jednym z punktów naszej wyprawy było właśnie obserwowanie owego pociągu. Dostęp do uliczki jest jednak ograniczany ze względów bezpieczeństwa i policja zablokowała wejście na ok. 10 minut przed przejazdem pociągu. Jednak rynek rządzi się swoimi prawami i zostaliśmy poinformowani przez lokalnego „naganiacza”, że jeżeli pójdziemy za nim „sekretnym przejściem” do restauracji i jeśli każda osoba z naszej grupy kupi tam drinka, to będziemy mogli wejść i obserwować przejazd. Z ochotą spełniliśmy te dwa warunki, zwłaszcza ten drugi. Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa ale cieszyliśmy się efektem. Zostaliśmy wpuszczeni i po jakichs pięciu minutach kazano nam się ustawić wzdłuż ściany – perfidnie przodem do pociągu:). I nie był to bynajmniej pociąg towarowy tylko normalny, pasażerski, z oknami. Niektórzy mieli więcej szczęścia i stanęli we wnęce (większy odstęp od pociągu). My, razem z grupą innych turystów, byliśmy jakieś 20 cm od przejeżdżającego potwora. Chciałem coś powiedzieć, że też chcemy do wnęki, zaprotestować ale było za późno. Kazano się nie ruszać. Miałem duże obawy – jak się okazało, uzasadnione. Robiłem różne dziwne rzeczy i już wiem, że tej akurat nie chcę powtarzać. Pociąg zbliżał się powoli. Wredny maszynista pewnie specjalnie zwolnił dla wzbudzenia respektu. Widziałem przerażenie na twarzach turystów, gdy pociąg przejeżdżał dosłownie na wyciągnięcie palca… Powoli, najpierw lokomotywa, następnie wagon za wagonem, okno za oknem. Usłużna wyobraźnia w takich sytuacjach zaczyna podsuwać różne miłe scenariusze zakończenia tak pięknego popołudnia. Po tym wszystkim delirium miałem na poziomie mistrzowskim, mógłbym wygrać w konkursie na najbardziej roztrzęsione ręce – nie ja jeden. Na szczęście zapłaciłem i dopilem swoje piwo wcześniej.

Filmy na YouTube, gdzie turyści siedzą przy stolikach i piją kawę, to naprawdę nic w porównaniu z tym, czego my doświadczyliśmy!

Następnego dnia również obserwowaliśmy przejazd pociągu, jednak z bardziej bezpiecznej perspektywy, a mianowicie z góry – na balkonie w restauracji, z pucharem w dłoni prowadząc ciekawe towarzyskie rozmowy i dzieląc się wzajemnie siecią WiFi. W końcu zasłużyliśmy.

Cat Ba I Zatoka Ha Long

Zatoka Ha Long to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Wietnamie, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znajduje się na północy kraju, w pobliżu miasta Hai Phong. Zatoka słynie z tysiąca wapiennych wysp i skał, które wystają z turkusowych wód, tworząc spektakularny krajobraz. Wiele z wysp jest niezamieszkałych, a niektóre posiadają jaskinie, które można zwiedzać. Zatoka jest popularnym celem turystycznym, oferującym rejsy statkami, kajakarstwo, wspinaczkę oraz możliwość odkrywania tradycyjnych wiosek rybackich. To miejsce idealne do relaksu i kontaktu z naturą.
Jako naszą lokalizację wybraliśmy wyspę Cat Ba, a dokładniej południową jej część, gdzie jest wieksza baza turystyczna.
Na pierwszy rzut oka widać, że miejsce to ma ogromny potencjał i nie zostało jeszcze zapaskudzone komercją – chociaż widać, że trwają prace w tym kierunku. Być może, za kilka lat będzie tu pełno koszmarnych wieżowców hotelowych, restauracji z angielskimi śniadaniami, fish and chips czy inną patokuchnią. Na szczęście na razie wszystko żyje swoim życiem i wygląda autentycznie. W Cat Ba spędziliśmy 3 noce.
Aby zwiedzić zatokę Ha Long, zdecydowaliśmy się wykupić jednodniową wycieczkę statkiem. Cena, obejmująca lunch to 750000 vnd za osobę, czyli około 120 zlotych. W tej cenie były dwie wycieczki kajakami po zatoce i znajdujących się tam jaskiniach.

Dodatkowo na łodzi znajduje się jacuzzi i elegancka toaleta, jednak bez papieru toaletowego:)

Wszystko w palącym slońcu i temperaturze 30-33 stopnie. Jak na listopad to całkiem nieźle, zwłaszcza, że w Polsce w tym czasie było już poniżej zera!

3. Logistyka

pociągi – autobusy – taksówki

Sajgon <–> Can Tho: Autobus z miejscami lezacymi (https://futabus.vn/)

Sajgon – Da Nang: Nocny pociąg (https://dsvn.vn). Niestety, nie udało nam się zamówić biletów online. Można próbować w kasie przed odjazdem lub skorzystać z wietnamskich stron internetowych oferujących pośrednictwo w kupnie biletów, jednak w przypadku grupy np. 4-osobowej, nie dają gwarancji, że miejsca będą w tym samym przedziale (chociaż jest bardzo duża szansa). Można też skorzystać z pomocy kogoś, kto ma rodzinę w Wietnamie, lub popytać w biurach podróży, żeby kupili bilet wykorzystując swoje kanały (z tej opcji my skorzystaliśmy). Podróż trwa ok. 18 godzin i zaczyna się ok. 19:30. W naszym przypadku pociąg był wypełniony może w 60-70 procentach, więc szanse na kupno biletu w kasie są raczej duże, poza tym dziennie jest kilka połączeń.

Da Nang – Hanoi: Jak wyżej, również nocny pociąg sypialny, choć podróż trwa nieco krócej, bo 16 godzin. Warto zwrócić uwagę, że obie trasy są uważane za jedne z najpiękniejszych szlaków kolejowych na świecie. Dodatkowo, tuż przed dojazdem do Hanoi, pociąg przejeżdża przez jedną z wąskich uliczek, gdzie od budynków dzieli mniej niż 1 metr. Jest to więc dodatkowa okazja zobaczenia “train street” z perspektywy pasażera pociągu. Koniecznie trzeba otworzyć okno, jednak z wychylaniem się radzę uważać.

Trasę pólnoc-południe można pokonać oczywiście drogą lotniczą, jednak w tym przypadku a).tracimy przypuszczalnie więcej niż pół dnia na lot, dojazd i pobyt na lotnisku b). zostajemy pozbawieni całego spektrum wrażeń i obcowania z pięknem krajobrazów ktore oferuje podroż drogą lądową. Wybierając jazdę pociągiem, większość podróży odbywa się nocą, wiec można odpocząć a rano udać się na śniadanie do wagonu restauracyjnego i podziwiać przewijające się widoki za oknem. Sam pociąg nie jest może super nowoczesny (co jeszcze bardziej dodaje uroku), ale komfortowy i czysty, a na stolikach nawet stoją jakieś kwiaty. Do tego bardzo klimatyczny wagon barowy…

Tak więc podróż odbywała się w znakomitych, najwyższej klasy warunkach. W nocy kołysal nas psychodeliczny stukot kół i lekkie kołysanie całego wehikulu szynowego. Niestety, podczas pierwszej podróży, do Da Nang, około 7 rano zostaliśmy brutalnie wyrwani z tej kolejowej nirwany charczącymi komunikatami przerywanymi wietnamską muzyką. Nie dość, że nie rozumieliśmy o co w tej kakofonii chodzi, to na dodatek nie dało się tego wyłączyć z przedziału. Okazało się, że kill switch znajduje się na zewnątrz. To ważna informacja dla przyszłych podróżnych, bo warto zawczasu pomyśleć o deaktywacji tego ustrojstwa.

Hanoi – Cat Ba: Tu sprawa była bardziej skomplikowana, jako że nie udało nam się znaleźć bezpośredniego połączenia, tzn. rezerwacja biletu online była możliwa, ale autobus zatrzymywał się w określonych miejscach, których nie znaliśmy. Zdecydowaliśmy się kupić bilety w kasie na dworcu głównym wHanoi.
Niestety, na miejscu okazało się, że takiego autobusu nie ma w rozkładzie. Jedyną sensowną opcją była podróż do Hajfongu, a stamtąd do terminala promowego i dalej promem na wyspę. Na mapie wszystko wyglądało całkiem prosto, jednak w rzeczywistości odległości były znacznie większe, niż się spodziewaliśmy. Droga do samego Hajfongu zajęła około dwóch godzin.

W Hajfongu udało nam się znaleźć lokalny autobus, który teoretycznie miał nas dowieźć do miejsca, skąd odpływały promy. Autobus zatrzymywał się dosłownie na każdym skrzyżowaniu, czasem tylko po to, by odebrać paczkę, którą kierowca przewoził na inne skrzyżowanie na ktorym czekała osoba, ktora dalej odbierała przesyłkę. Wkrótce pojazd wypełnił się do granic możliwości lokalnymi pasażerami, a dodatkowo, przypadkowo oddaliśmy jeden z plecaków do bagażnika z tyłu – ten sam, w którym znajdował się paszport. Każdy dźwięk otwieranego bagażnika przyprawiał nas o palpitacje serca.

Po około 90 minutach takiej podróży autobus nagle skręcił w nieoczekiwanym kierunku. Zrobiło się nieciekawie, bo robiło się ciemno, a my brnęliśmy przez bezludne tereny. Na szczęście ostatni przystanek okazał się być miejscem, skąd odpływały promy. Później udało nam się złapać autobus, który zawiózł nas bezpośrednio do hotelu (kolejne 40 minut).

O ile sam pomysł spędzenia czasu na wyspie Cat Ba i zwiedzanie zatoki Ha Long jest bezsprzeczny, to z perspektywy czasu wydaje się, że warto poświęcić trochę więcej czasu na organizację podróży lub odwiedzić lokalne biura turystyczne w Hanoi, aby zarezerwować bezpośredni bilet na Cat Ba.

Cat Ba – Hanoi: Tu nie było niespodzianek, bo już na wyspie zamówiliśmy autobus, który bezpośrednio zawiózł nas do Hanoi pod wskazany adres (wliczając przeprawę promem).

Taksówki

Uber podobno działa, ale nie udało mi się nic zamówić, bo pojawiał się jakiś dziwny błąd. Zamiast tego, w Wietnamie wszystkie taksówki można bardzo szybko i sprawnie zamówić, korzystając z aplikacji “Grab”. Dlatego jest to jedna z rzeczy, którą warto mieć w telefonie jadąc do Wietnamu. W przypadku tej aplikacji zamawiamy kurs i płacimy gotówką kierowcy po wykonaniu przejazdu.

4. Noclegi

Wszystkie noclegi zamawialiśmy za pośrednictwem booking.com. Raz pojawił się problem ze znalezieniem wybranego miejsca, jednak tubylcy okazali się pomocni w tym przypadku.


5. Kuchnia i napoje

Kuchnia w Sajgonie, podobnie jak w całym Wietnamie, opiera się głównie na street foodzie. Niektórych mogą odstraszać dość prymitywne warunki, w jakich serwowane jest jedzenie, ale z naszego doświadczenia wynika, że jest ono bezpieczne. Jest to niesamowity i niepowtarzalny klimat, którego będąc w Wietnamie po prostu trzeba doświadczyć. To nie tylko samo jedzenie ale upajająca mieszanina kolorów, ulicznych dźwięków, obrazów które łączą się w jedno na naszym talerzu w jedno wspaniałe doświadczenie! Widzieliśmy wielu zagranicznych turystów korzystających z ulicznych knajp i nie mieliśmy żadnych oporów, żeby skorzystać z tej opcji. Jedzenie jest naprawdę jedyne w swoim rodzaju i ta wysoka jakość utrzymuje się w całym kraju.

Mowa oczywiście o małych ulicznych restauracyjkach przypominających nasze bary, gdzie można usiąść i zjeść. Jedzenie z ulicznych budek próbowaliśmy zaledwie kilka razy, ograniczając się do dań serwowanych na gorąco. Ceny są bardzo przystępne – dwudaniowy obiad można zjeść za około 100 000–200 000 dongów, czyli maksymalnie 32 złote.

Dziwne przysmaki


No dobra, teraz czas na kulinarne “dziwadła”. Na liście „zaliczone, niekoniecznie do powtórki” znalazły się: pieczony skorpion i coś, co przypominało szarańczę. Mało mięsa, brak jakiegokolwiek smaku – odhaczone.

Z kolei już pierwszego dnia zauważyłem w menu zupę z balutem. Balut to nic innego jak jajko z ugotowanym, częściowo rozwiniętym zarodkiem ptaka. Ominąłem tę pozycję szerokim łukiem – kiedyś miałem „przyjemność” i wiedziałem, że to nie moje klimaty. Paskudztwo.

Podobnie ciastko z kremem z duriana – smak niczego sobie, przynajmniej na początku, trochę kojarzy się z jakimś gazem(?) no i ten smród. Smród to jednak smród.

Kolejnym dziwnym przysmakiem, który próbowaliśmy, trochę przypadkowo, bo było podane jako przystawka przed właściwym daniem, była fermentowana wieprzowina. Zapakowana w jakieś fabryczne opakowanie, wzbudzała zaufanie, więc spróbowaliśmy. Dość ciekawy smak, nieprzypominający za bardzo wieprzowiny, dało się to zjeść.

Za to pierwszy raz spróbowałem żaby – i tu zaskoczenie, bo była naprawdę świetna! Nie wiem, jaki to był gatunek, ale te żaby, które widzieliśmy w akwarium przeznaczone do późniejszego spożycia, były bardzo, bardzo agresywne.

Kawa w Wietnamie

Wietnam to kawowy gigant, głównie dzięki produkcji robusty, która smakuje inaczej niż nasza klasyczna arabika. Polecam spróbować kawy na zimno z lodem – orzeźwiająca i mocna, choć na początku mieliśmy obawy, czy lód nie skończy się „przygodą”. Na szczęście w porządnych restauracjach czy hotelach nie było problemów.

Ciekawostką jest też możliwość spróbowania kawy luwak – proces technologiczny produkcji tej kawy jest dość specyficzny. Droga, kontrowersyjna, ale będąc w Wietnamie, warto spróbować choć raz, zwłaszcza że w Europie jest praktycznie niedostępna. Jedno słowo – odhaczone. Do domu zaopatrzyłem się w 150 gramów ziaren tej kawy.

Piwo, wino i inne

Piwo jest głównie w puszkach i małych butelkach (0,33 l), ale jakość jest całkiem przyzwoita. Trafiliśmy nawet na kraftowe piwa i „czeski lager”. Piwo lane to rzadkość, ale jak już się trafi, też w porcji 0,33 l – chyba lubią małe dawki.

Z winem jest gorzej. Wietnamczycy produkują własne trunki, ale nasze spotkania z lokalnymi winami nie były zbyt udane. Ciekawostką było Vietnamese apple wine – zamówiliśmy, spodziewając się normalnego wina, a dostaliśmy butelkę czegoś, co lekko przypominało rakiję. Ale nie narzekamy – smakowało, choć nie tak, jak się spodziewaliśmy. 😊

Różnice między Sajgonem a Hanoi

Jeśli chodzi o jedzenie, widać różnice. W Sajgonie można odnieść wrażenie, że im dziwniej, tym lepiej – to jednak moja subiektywna obserwacja. Ogólnie, Sajgon bardziej przypadł nam dogustu niż Hanoi.


6. Porady praktyczne

Komary. My mieliśmy szczęście i, poza paroma przypadkami, nie trafiliśmy na miejsca, gdzie były te natręty – być może dlatego, że w tym czasie nie ma ich zbyt wiele. Warto jednak być świadomym tego problemu i wziąć ze sobą dobre środki przeciwko moskitom. Jest to problem zwłaszcza w poludniowej części kraju.

Tabletki do uzdatniania wody. Picie nieprzegotowanej wody z kranu nie jest zalecane i może w najlepszym wypadku przedlużyć wizyty w toalecie, co dla niektórych samo w sobie może być traumatycznym przeżyciem.

Nie zgadzaj się na pierwszą proponowaną cene, targuj się!

Język. To nie jest zdecydowanie miejsce, gdzie można popisać się swoim pięknym angielskim. Po prostu malo kto mówi po angielsku, a jeśli już, to slabo. W ogóle mam wrażenie, że wiedza na temat Europy jest slaba – “czy Polska jest Azji?”, albo raz, gdy próbowano do nas mówić po niemiecku. Google translator jest pomocny, jednak trzeba podchodzić do niego ostrożnie, gdyż często daje nietrafione i kompletnie bezsensowne tłumaczenia.


7. Podsumowanie

Wietnam wciąga jak wir, łącząc niezliczone smaki, zapachy, dźwięki i kolory w jeden niepowtarzalny, zmysłowy świat. To świat piękny i nie skażony jeszcze zachodnią cywilizacją i komercją. Zdecydowanie warto tego doświadczyć.

Czarnogóra, lipiec 2024

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Budva – zatoka kotorska – Bar

Budva

Będzie nie po kolei, trochę inaczej niż zwykle.

W Czarnogórze są dwa międzynarodowe lotniska: Tivat i Podgorica. My wybraliśmy Podgoricę, bo oferuje więcej lotów i lepsze dla nas czasy startów. Wylądowaliśmy po godz. 23 i już na etapie planowania wiedzieliśmy, że do Budvy o tej porze nie dojedziemy autobusem. Pozostawała zatem tylko taksówka za około 60 euro. W rzeczywistości wyszło 90, bo policzyli taryfę nocną. Na dowód, że nas nie próbują okantować, pokazali nam cennik. Ok. Uber nie działał. Alternatywą był pobyt w hotelu i strata około dwóch godzin rano na dojazd do Budvy – plus koszty hotelu. Wyszłoby zatem podobnie, więc zdecydowaliśmy się jednak na dojazd w nocy taksówką i pobudkę rano już w Budvie. Swoją drogą, jak się później – podczas powrotu okazało, lotnisko w Podgoricy to lekki skansen. Żeby się tam dostać z Podgoricy, można wziąć taksówkę albo – bardzo klimatyczny, jadący na południe pociąg. Sęk w tym, że ten pociąg jeździ co około 3 godziny. Taksówkarze chcieli 15 euro za podwózkę, ale nie przystąpiliśmy do negocjacji, bo akurat trafiliśmy na odpowiedni slot i mieliśmy pociąg za godzinę. Dworzec retro, w okolicy można kupić jedzenie, jak również piwo. Wagony pomalowane sprajem, więc trochę nas zmyliło, bo myśleliśmy, że to jakiś złom, wycofany z użytku noclegowni dla bezdomnych. Jednak o wyznaczonej godzinie ruszyliśmy. Przystanek aeroport równie klimatyczny, ot kilka kawałków betonu z namalowanym ręcznie cyrylicą napisem “aeroport”, w sumie można go pomylić z wychodkiem albo z przystankiem autobusowym z dawnych czasów, bardzo dawnych. Poza tym napis aeroport jest mylący, bo trzeba iść około 2 km do samego lotniska. To jednak szczegóły…

Ale ok, Budva

Mocno turystyczne miejsce, fajne plaże.

Kotor i Zatoka Kotorska – Perła Czarnogóry

Kotor to jedno z najbardziej malowniczych miast Czarnogóry, położone nad Zatoką Kotorską, która często bywa nazywana „fiordem południowej Europy” (choć technicznie jest to zalany doliną rzeki krasowej). Otoczony stromymi górami i lazurową wodą, Kotor zachwyca swoją średniowieczną architekturą, wąskimi uliczkami i imponującymi murami obronnymi, które wznoszą się wysoko nad miastem.

Stare bazy jugosłowiańskie dla łodzi podwodnych

Jednym z mniej znanych, ale niezwykle interesujących elementów Zatoki Kotorskiej są stare, opuszczone bazy dla jugosłowiańskich łodzi podwodnych. Ukryte w skalistych zatoczkach, te tajne konstrukcje miały chronić okręty przed atakami i umożliwiać ich szybkie wypłynięcie na otwarte morze. Można je znaleźć m.in. w pobliżu Risan i na półwyspie Luštica. Dziś są one popularnym celem dla miłośników eksploracji i nurków.

Wejście na górę – Twierdza św. Jana i schody

Jednym z największych wyzwań (i atrakcji!) w Kotorze jest wspinaczka do twierdzy św. Jana, która góruje nad miastem. Szlak prowadzi przez ponad 1350 stromych kamiennych schodów, które wiją się wzdłuż murów obronnych. Po drodze można podziwiać ruiny dawnych budowli oraz małą cerkiew Matki Bożej od Zdrowia. Nagrodą za wysiłek jest zapierający dech w piersiach widok na miasto i całą Zatokę Kotorską – szczególnie piękny o zachodzie słońca.

Inne najciekawsze miasta w Zatoce Kotorskiej

  • Perast – Małe, ale niezwykle urokliwe miasteczko, znane z barokowej architektury i wysepek Gospa od Škrpjela (Matki Boskiej na Skale) oraz Świętego Jerzego. To spokojniejsze miejsce niż Kotor, idealne na relaks i podziwianie widoków.
  • Tivat – Bardziej nowoczesne miasto, znane głównie z luksusowej mariny Porto Montenegro, gdzie cumują jedne z najbardziej ekskluzywnych jachtów na świecie. Znajduje się tu również lotnisko, co czyni Tivát ważnym punktem komunikacyjnym.
  • Herceg Novi – Położone bliżej wejścia do Zatoki Kotorskiej, znane z twierdz, licznych schodów i pięknej promenady wzdłuż morza. To miasto o bogatej historii i wpływach zarówno weneckich, jak i osmańskich.
  • Risan – Najstarsze miasto w zatoce, znane z rzymskich mozaik przedstawiających boga snu – Hypnosa. Jest to spokojniejsze miejsce, idealne dla miłośników historii.

Zatoka Kotorska to niezwykłe miejsce, w którym można znaleźć zarówno historyczne zabytki, jak i niesamowitą przyrodę, tajemnicze pozostałości z czasów Jugosławii oraz niesamowite widoki, które zapadają w pamięć na całe życie.

Klimatyczny powrot na lotnisko

Z Budvy do Podgoricy wróciliśmy autobusem. Jak się okazało, nie ma żadnego regularnego połączenia na lotnisko – jedyną opcją jest taksówka za 15 euro. Szybko sprawdziłem, że jest tam dworzec kolejowy. Okazało się, że pociąg przejeżdżający przez stację “aeroport” jeździ co około 3 godziny. Mieliśmy szczęście, bo następny był za około godzinę. Skład, który stał na peronie w moim mniemaniu miał jechać na złom i w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby wsiąść do środka – no chyba żeby robić jakieś eksploracje. Jak się jednak okazało, był to pociąg, który jechał na południe – ten sam, który miał nas dowieźć na lotnisko.

Sama stacja “aeroport” to też trochę na wyrost – betonowy przystanek w starym, komunistycznym stylu bez żadnych udogodnień. Stamtąd około 2 km pieszo na samo lotnisko.

Kirgistan, wrzesień 2023

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Sary Tasz
    2. Bałykczy
      1. Kanion konorczek
  2. Tokmok
  3. Osh
  4. 3. Logistyka
  5. 4. Noclegi
  6. 5. Kuchnia i napoje
  7. 6. Porady praktyczne
  8. 7. Podsumowanie

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Biszkek – Osz – Sary Tasz – Osz – Biszkek – Balykczy – Tokmok – Biszkek

Sary Tasz

Po przylocie do Biszkeku udaliśmy się samolotem do Osz. Wysłużony, 30-letni BAe 146 pokonał tę trasę w ok. 40 minut. Z okna widok na góry, właściwie same góry. Nasz pierwszy, krótki postój w Osz wykorzystaliśmy gastronomicznie oraz do krótkiego spaceru po jednym z największych bazarów w Azji.

Następnie złowiliśmy, za dość przyzwoitą cenę, lokalną taksówkę. Marszrutki i autobusy nie mają jakichś rozkładów jazdy, a reguła jest taka, że trzeba poczekać, aż pojazd zostanie zapełniony do końca, co w naszym przypadku zajęło ponad godzinę.

Podróż do Sary Tasz zajęła około 3 godzin (180 km).

Wioska Sary Tasz położona jest na wysokości około 3700 m n.p.m. Na całym terenie obecne są jedynie niskie, wiejskie zabudowania. Trudno też mówić o jakiejś cywilizacji, czas tu się zatrzymał na oko około 50 lat temu. Rzuca się w oczy powszechna improwizacja, prowizorka; wciąż jeżdżące rezultaty radzieckiej myśli motoryzacyjnej, budynki ze sklejki z namalowanymi farbą i przyczepionymi za pomocą kawałka drutu reklamami. Oprócz tego typowo wiejskie klimaty: krowy, stosy obornika. Jest zdecydowanie chlodniej. Do tego wszystkiego biegające wesoło dzieci. Mimo to hostel jest całkiem przyzwoity, wyposażony we wszystkie udogodnienia kanalizacyjne i elektroniczne.

Przy wjeździe do wioski uwagę zwracają dwie drogi, z których jedna prowadzi do odległych o około 70 km Chin. Niesamowite wrażenie robi widoczna w oddali panorama Pamiru.

Pobudka na drugi dzień z przeszywającym bólem głowy. Spodziewałem się tego bólu, ale nie w takim stopniu. 3700 metrów n.p.m. robi swoje…

Bałykczy

Bałykczy, czyli po kirgisku rybak. To bardzo specyficzne, leżące nad jeziorem Issyk-Kuł miasto. Za radzieckiego ładu to miejsce mocno związane było z przemysłem rybnym oraz budową łodzi i kutrów rybackich. Po upadku ZSRR wielkie kombinaty przetwórstwa rybnego stały się niepotrzebne, spora część ludzi uciekła za pracą do Rosji i innych krajów. W końcu to oni dostarczają około 50% produktu narodowego Kirgistanu. Czas się zatrzymał… I wtedy między unieruchomionymi wskazówkami zegara pojawiliśmy się my.

Do Bałykczy dotarliśmy z Biszkeku po pokonaniu około 180 km marszrutką. Bus załadowany pod korek, na dworze gorąco a w środku każda próba otworzenia okna torpedowana przez lokalsów. Lekkie oszołomienie po przebytym porannym locie z Osz i ponownym zderzeniem się z lokalnym bałaganem. Gorąco. Cholera, dlaczego oni tak lubią trzymać to ciepło wewnątrz?

I tak minęła podróż bogato urozmaicana obrazkami za oknem.

Po przyjeździe do Bałykczy ujrzeliśmy krajobraz, jaki z pewnością mógłby być rezultatem zrzucenia jakiejś bomby, po której teoretycznie nie powinien pozostać kamień na kamieniu. Są gruzy, jednak po pewnym czasie, kiedy oko przyzwyczai się do tego widoku, zaobserwować można, że mimo skali zniszczenia nieśmiało pojawia się nowe życie. Miejscowość położona jest nad wielkim jeziorem Issyk-Kuł, które kiedyś było pewnie pięknym kurortem. Pozostała plaża, molo (w dość dobrym stanie) i jakieś zardzewiałe szkielety niewiadomego przeznaczenia, które w sezonie letnim nadal służą turystom do różnych celów (takie moje założenie). No i ruiny portu z paroma korodującymi kutrami. Ruszyliśmy wzdłuż torów, robiąc co pewien czas postoje. Rzuca się w oczy porozrzucany złom, rdza, która wygląda pięknie w świetle zachodzącego słońca. I samo jezioro, które się nie zepsuło mimo upływu czasu.

Jest coś pięknego w tej brzydocie – jak brzydki, niechciany przez nikogo pies, który zasługuje przecież na miłość, łasi się, chce być kochany i przez to wszystko jeszcze bardziej wzbudza pozytywne uczucia. Przecież ludzie w Balykczy mieszkają i jakoś muszą żyć. Zaobserwowaliśmy, że szyny były wyprodukowane w Azowstalu w latach sześćdziesiątych.

Idąc dalej miastem, przyczepił się do nas jakiś pijany lokals o złotych zębach. Był raczej przyjaźnie nastawiony, nie wiem, o co mu chodziło, ale nie odpuszczał. Aż dziwne, że jeszcze nie przehandlował uzębienia.

W “centrum” “miasta” dawny ośrodek agitacyjny, uwieczniona w paździerzu piękna sowiecka rzeczywistość i facjata Lenina. Takoż samo i popiersie wspomnianego osobnika wykonane w kamieniu. To miejsce jest chyba taka nieoficjalną wizytówką tego miasta bo jako pierwsze pojawiło się w przeglądarce kiedy wpisałem nazwę tej miejscowości.

Co do zakwaterowania – było ono utrzymane w tradycyjnym, dawnym stylu – zgodnym z charakterem tych rejonów. Dodatkowo lokal, ukryty był w gąszczu tak, że ciężko go było znaleźć. Na podwórku czekała prawdziwa jurta – niestety, nie dla nas, ktoś zdążył ją zająć przed nami. Gospodarze bardzo mili, bardzo dobre śniadanie.

Będąc w Bałykczy, warto udać się do kanionu konorczek. Poza tym, mając więcej czasu, warto wynająć taksówkę i zrobić całodniowa wycieczkę wzdłuż jeziora.

Kanion konorczek

To znakomite miejsce dla miłośników trekkingu. Zaletą jest niesamowita cisza – w naszym przypadku nie mijaliśmy nikogo.

A wracając do kanionu, najlepiej wynająć jakieś auto, bo miejsce to jest z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Oprócz tego, dobrze umówić się z kierowcą, żeby poczekał jakieś 4 godziny, bo inaczej może być ciężko wrócić. Dojście do kanionu to około 4 km pieszo trasą o trudności trochę powyżej średniego. Mądrze jest założyć ciepłe ubranie, zwłaszcza buty i spodnie. Niestety ja nie byłem wystarczająco mądry i (poza dobrymi butami) chciałem pokonać trasę w krótkich spodenkach. Na szczęście nasz kierowca zauważył moją niefrasobliwość i pożyczył mi robotnicze spodnie, co – jak się szybko okazało – było krokiem we właściwym kierunku. Pogodę mieliśmy parszywą, było zimno i w połowie drogi już nieźle padało, a zważywszy, że w paru miejscach było praktycznie pionowo i trzeba było korzystać z lin, z całej wyprawy wróciliśmy nieźle zmarznięci.

Tokmok

Spędziliśmy w tym mieście jeden dzień, głównie dlatego że naszym celem była położona niedaleko Burana – wieża i pozostałości średniowiecznego miasta, które było niegdyś ważnym ośrodkiem handlowym na Jedwabnym Szlaku.

Właściciel poprzedniego lokalu, w którym mieszkaliśmy, zaoferował się dowieźć nas do Tokmok (ok. 120 km) i wozić przez dzień, gdzie chcemy, za ok. 20 dolarów. Przystaliśmy na tę ofertę. W roli samochodu rozklekotany Japończyk, który jednak dawał doskonale radę.

Co do samej Burany, to jest to zabytek UNESCO, wieża z x wieku, jedyna pozostałość po mieście które tu kiedyś było. I chyba jedyna ciekawa rzecz w okolicy. 

Tokmok natomiast to typowe, postkomunistyczne miasto bez wyrazu. Smutek, bałagan, wszędzie można spotkać stare, ogromne banery z sierpem i młotem oraz inne ciekawe relikty epoki. Piękno w stanie surowym. W środku miasta znajduje się pomnik z samolotu, który jest jednocześnie centralnym punktem orientacyjnym w tym mieście.

No i w tym miejscu, pierwszy raz miałem okazję pić piwo pod pomnikiem Lenina.

Wieczorem zrobiliśmy marsz najważniejszą(to trochę na wyrost, jak większośc rzeczy w tym mieście) ulicą Lenina, zaopatrzyliśmy się w podstawowe produkty, w tym cebulę oraz słoninę z barana i wróciliśmy do naszego miejsca zakwaterowania celem konsumpcji.

Jak nas poinformowano, w całym mieście są tylko dwa miejsca oferujace zakwaterowanie. Do pięciu gwiazdek daleko – wanna z antyczną patynką, mebelki w Chruszczowowskim stylu, ale tradycyjnie dobre śniadanie i podstawowe wygody zapewnione. No i właściciel mający obsesję na punkcie zdejmowania butów, cholera.

Zamiast gwiazdek powinny byc nadawane sierpy. Ten objekt zasluguje na cztery sierpy, zdecydowanie.

Osh

W Osh byliśmy dwa razy. Raz, krótko bo parę godzin, zaraz po przyjeździe. Za drugim razem spędziliśmy tam prawie dwa dni, więc mieliśmy więcej czasu na zwiedzanie.

Osh to drugie co do wielkości miasto Kirgistanu, leżące w Dolinie Fergańskiej. Znane z historycznej Góry Sułajman-Too (UNESCO) i ważnego bazaru, Osz ma ponad 3000 lat historii. To kluczowy ośrodek handlowy, kulturowy i administracyjny południowego Kirgistanu.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy od razu po przyjeździe podczas naszej dłuższej wizyty, było pójście na Sułajman-Too, “leczniczą” górę wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze szczytu góry rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. Przy tym wszystkim nie sposób nie zauważyć łopoczącej na wietrze potężnej flagi Kirgistanu. Cała wycieczka na górę zajmuje około 3 godzin.

Po powrocie z góry udaliśmy się na targ. Targ w Oszu to jeden z najstarszych i największych bazarów Azji Środkowej, działający od czasów Jedwabnego Szlaku.

3. Logistyka

Samolot

Taksowka

Marszrutka

4. Noclegi

Tradycyjnie, przez Booking. Co ciekawe, w jednym miejscu właściciel napisał nam, że anuluje naszą rezerwację, ale żebyśmy się nie przejmowali, bo policzymy się po przyjeździe.

5. Kuchnia i napoje

Podczas naszej podróży po Kirgistanie szczególnie przypadły nam do gustu manty, lagman i szaszłyki – nieskomplikowane, ale smaczne. Trzymaliśmy się bezpieczniejszych wyborów, pomijając lokalne specjały jak kumys czy kulki z suszonego jogurtu (kurut) które dla naszych europejskich żołądków stanowiły zagadkę. Trafiliśmy też na świetną restaurację, gdzie spróbowaliśmy ogromnej, świeżo przyrządzonej troci. Jezeli chodzi o ceny to jest to zdecydowanie niska polka.

Piwo

Kirgiski browar nie zachwyca. Żiwoje, Nasze czy Arpa sprzedawane w oldschoolowych butelkach z retro etykietami – wszystko słabej jakości. Do tego często piwa brakuje w sklepach, czasem rowniez brakuje go w knajpach. Jak już jest, to zwykle ciepłe, co tylko pogarsza wrażenia. Wyjątek stanowiły knajpy w Biszkeku, gdzie można było spróbować kraftów, jak BBC (Bishkek Beer Company). Czasem trafia się też kazachskie “Krużka Swieżego” – zdecydowanie lepsze od lokalnych propozycji.

6. Porady praktyczne

Muszle klozetowe różnią się od tych w Europie, więc potrzeba chwili, by przyzwyczaić się do nowego rozwiązania 🙂

W tym kraju nie ma wieprzowiny.

Kraj muzulmanski ale w wersji rozwodnionej, radzieckiej. Ludzie nastawieni pozytywnie do przybyszow z innego kontynentu.

7. Podsumowanie

Warto? Warto!

Ukraina, morze Azowskie. Wrzesien 2021

  1. 2. Plan podróży i odwiedzone miejsca
    1. Kijów
    2. Berdiańsk
    3. Mariupol
    4. Chersoń
  2. 3. Logistyka
  3. 4. Noclegi
  4. 5. Kuchnia i napoje

2. Plan podróży i odwiedzone miejsca

Kijów – Berdiańsk – Mariupol – Kijów

Kijów

Nasz wypad na południe Ukrainy miał miejsce we wrześniu 2022 roku, więc był w praktycznie ostatnim momencie przed rosyjską inwazja. Pociągi jeździły normalnie, do Kijowa można było dolecieć samolotem a i sam Kijów miał całkiem dobrze rozbudowaną siatkę połączeń lotniczych.

Po przylocie do Kijowa z Gdańska, postanowiliśmy przejść się pieszo do miasta. Odległość wynosi około 8 km, tak więc jeśli ma się w zapasie 2-3 godziny, jest to całkowicie wykonalne.

Nastepnie wieczorem podróż pociągiem do Berdianska. 15 godzin sypialnym.

Przed dworcem “Puzata chata” gdzie zjedliśmy śniadanie. Ukraińska sięciówka – bufet. W moim przyadku trzeci raz miałem przyjemność tam jeść – wcześniej pierwszy raz przed podróżą do Ałmatów, później podczas krótkiego wypadu do Hajworonu.

Berdiańsk

Idziemy promenadą wzdłuż brzegu. Plaża, kąpiel w morzu Azowskim zaliczona. Nie byle co, bo mamy prawie koniec września. Zwraca uwagę “Berdianska kosa”, charakterystyczny kawałek lądu wcinający się w głąb morza.

Ludność bardzo pozytywnie nastawiona, w wielu przypadkach ktoś ma kogoś, kto pracuje “w Polszy”. Cała komunikacja oczywiście w języku rosyjskim (jeżeli ktoś zna – ja niestety nie bardzo).

Mariupol

Następnego dnia, do Mariupola dostaliśmy się marszrutką z Berdianska – około godzina drogi. W czasie podróży minęliśmy parę punktów kontrolnych, tzw. blokpostów, gdzie żołnierze z karabinami sprawdzali przejeżdżające pojazdy. Kto by pomyślał, ile rzeczy może się zdarzyć w ciagu godziny… Siedzący przed nami lokals zastanawiał się, czy nie poczęstować nas zachomikowaną butelką wódki. Zerkał, zerkał a z naszej strony nie było zainteresowania. W końcu odpuścił, wypił sam. Takie widoki.

Przy wjeździe do miasta powitał nas smutny mural na bloku przedstawiający dziecko trzymające misia. Miś na miarę naszych możliwości… Brak słońca, wiszące nad naszymi glowami ołowiane chmury, dziurawe drogi, rozwalone mosty potęgowały depresyjny nastrój. Miś? Dzieci? To nie żąrt, miasto ucierpiało od rosyjskich bomb i ostrzałów w 2014. I kto by pomyślał, że parę miesięcy po naszej wizycie wszystko zacznie się od nowa.

Wybraliśmy się w kierunku zakładów Azow. Równolegle do nowego mostu wiedzie stary, nieużywany. Pokrzywiony, zniszczony. Mimo to widzieliśmy paru rybaków, a nawet zaparkowany na nim samochód. Zrobiliśmy przechadzkę. Widok z mostu: ktoś zrobił zakupy w monopolowym i po chwili przybyli koledzy, koleżanki. Wzędobylskie bezpańskie psy. Dobre, przyjaźnie nastawione. Azow stal.

Jako że musieliśmy zdążyć na wieczorny pociąg powrotny do Kijowa, nasz pobyt był ograniczony do jednego dnia. Przed wyjazdem w przydworcowej knajpie zjedliśmy pielmieni – tradycyjne rosyjskie pierożki z farszem i parę innych specjałów. Fajnie, zwłaszcza, handlarka używała liczydła.

I znów 15 godzin – tym razem w druga stronę, w wagonie sypialnym, bez przedziałów, tzw. plackartnyj. Tego typu wagony mają swoje korzenie w XIX wieku, gdzie sprawdziły się doskonale przy transporcie rannych, z uwagi na łatwy dostęp do leżących pasażerów. W naszym przypadku rannych nie było – podróżowaliśmy w taki sposób, bo wagony z przedziałami były wykupione. Dodatkowym atutem była też znacznie niższa cena. Mimo to, komfort takiej podróży jest przyzwoity, każdy ma swoje łóżko, czyste prześcieradło i koc – co by nie narzekać, higiena to jednak standard we wschodnich kolejach. Dodatkowo, w każdym wagonie dostęp do samowaru z gorącą wodą, więc można sobie zaparzyć herbatę czy zalać zupę – standard.

Hah, i podobno czasem można się załapać na fajną imprezę:)

Chersoń

Miasto w którym spędziliśmy zaledwie parę godzin, tam bowiem mieliśmy przesieadkę na pociąg do Kijowa. Krótko tam byliśmy – moim zdaniem, to miasto, jakich wiele w post sowieckiej rzeczywistości. Wg wikipedii, 280 tysięcy mieszkańców przed inwazją. Duży port rzeczny itp..

Komu by przyszło do głowy, co zdarzy się za kilka miesięcy. Pewnie nikomu, bo kto może wiedzieć, co kryje się w głowie psychopaty.

3. Logistyka

Kolej, samolotem (wizzair) z Gdańska do Kiljowa

4. Noclegi

Poza Berdiańskiem, gdzie spaliśmy w hotelu, pozostałe noce spędziliśmy w pociągach.

5. Kuchnia i napoje

Pielmieni, Tavrija:)